Gdy w sklepach pustki bądź marketingowa ściema, a na bieganie boso za zimno (poza tym nie jesteście takimi wariatami, prawda?), nie pozostaje nic innego, jak wziąć nóż do ręki i zabrać się do pracy…

[Publikowane na blogu treści są prywatnymi opiniami autora. Jeżeli chcecie je stosować, robicie to na własną odpowiedzialność. Wpis z cyklu biegacz ma sposoby]

 

– Część I Biegacz ma buty: Pięta, amortyzacja i łuk stopy: Im mniej but wpływa na naturalną pracę stopy, tym lepiej dla stopy (i jej siły). Nie istnieją żadne badania (ani lekarzy, ani koncernów sportowych) pokazujące, że drogie buty chronią biegaczy w większym stopniu niż ich tanie i lekkie odpowiedniki

– Część II Biegacz ma buty: Kupowania butów do biegania: Jeżeli chcemy kupić buty, które zostawiają wolność stopom, warto się nad nimi poznęcać, by sprawdzić czy ich konstrukcja (płaska, elastyczna, z cienką podeszwą) faktycznie pozwoli na swobodną pracę stóp

Co zaś, jeżeli nic nam się nie podoba, wszystko sztywne i ciężkie, a najtańszy model kosztuje tyle, co używany rower? W takiej sytuacji możemy zrobić sobie buty samemu, chociażby wedle jednej z szewskich trzech szkół:

– twórców

– przerabiaczy

– macgyver’ów

 

Tworzenie buta

Najków na balkonie nie wyklepiemy, natomiast biegowe sandały huaraches i owszem.

To obuwie meksykańskich Indian dostało swoją chwilę sławy dzięki Urodzonym Biegaczom. Bieganie w huaraches’ach, chociaż wydaje się trudne, wychodzi całkiem składnie o ile przygotujemy sobie podeszwę z odpowiedniego materiału. Można sobie taki kupić (rynek nie znosi próżni: sandały w częściach), albo odrysować stopę i wyciąć chociażby z kawałka dość sztywnej gumy. Ja tu miałem problem, ponieważ nie lubię sztywnych podeszw, zaś podeszwa miękka powoduje, że czubek sandała klapie, co mnie drażni.

Sama produkcja jest banalna: podeszwa, sznurowadło bądź rzemień, porządne nożyce, coś do robienia dziur i w ciągu kilkudziesięciu minut dostajemy gotowe obuwie. Należy pamiętać o specyficznym sznurowaniu sandałów, które zapewnia ich dobre trzymanie oraz chroni stopę przed otarciami.

 

Przerabianie buta do biegania

To temat rzeka, wszystkich zainteresowanych odsyłam do studiowania dzieł mistrza Yacool’a, któremu papieru ściernego nie jestem godzien podawać. W kilku słowach, chodzi o to by z obuwia usunąć:

– elementy usztywniające

– elementy blokujące pracę łuku stopy

– elementy blokujące naturalne przetaczanie stopy

– piłujący ścięgno achillesa sztywny zapiętek

W efekcie otrzymujemy lekki but treningowo-startowy, którego wygląd jest wypadkową naszych zdolności manualnych i cierpliwości podczas szlifowania. Oto stan wyjściowy:

… oraz efekt wstępnej obróbki

i waga po pierwszej fazie szlifowania:

W tak przygotowanym obuwiu można ćwiczyć, można też się ścigać. Mój znajomy, który swoją przygodę z bieganiem zaczął późną wiosną, w podarowanych przeze mnie zenkach zrobił dychę na Tłocz się Warszawo.

Wymagane narzędzia: but do przeróbki, ostry nóż, osełka (pianki amortyzujące strasznie tępią narzędzia), obcęgi, papier ścierny na kostce, opcjonalnie: klej szewski, dratwa i igła. Oraz bardzo dużo cierpliwości i uważności, gdyż jeden zbyt głęboki ruch noża może oznaczać, że but jest na przemiał.

Czas pracy: po nabraniu wprawy jeden wieczór (4-6h) na parę butów.

Polecam ćwiczyć na starym obuwiu, tym co się do niczego nie nadaje, bo ma “zużytą amortyzację”. Skoro zużyta, to można ją wyciąć.

Podrzucam też przykład z życia wzięty – tak wyglądała moja operacja na Nike Lunarglide 6.

Robienie butów do biegania – domowe wynalazki

Wynalazki to ostatni etap choroby. Jeżeli rozsmakujecie się w byciu szewcem swojego losu, odkryjecie, że istnieją rozwiązania o których się mało komu śniło. Można na przykład zrobić zimowe biegówki z obuwia basenowego (świetnie trzyma się śniegu, w parze z grubymi skarpetami sensownie grzeje stopę nawet na kilkunastokilometrowych wybieganiach) albo wkładek-skarpet kombinezonów surferów.

Można też zdobyć palczaste skarpety i… pociągnąć je gumą w spray’u otrzymując w efekcie domowej roboty V5Fingers’y. W wersji szpanerskiej (obrazek poniżej) pociągnąłem gumą swoje wzmacniane kevelarem trail’owe skarpety…

… tworząc w ten sposób ich zimową, izolowaną i wodoodporną odmianę

(po dwóch wybieganiach po 8km na podeszwach nie ma śladu zużycia gumy), w której biega się tak:

Przy produkcji wynalazków nieocenionym źródłem pomysłów jest internet i blogi prowadzone przez dziwaków, którzy nie chcą biegać w tym co fabryka daje. Wieczór czy dwa poświęcone lekturze tych stron pokazują, jak bardzo ugrzęźliśmy w sztywnych ramach definicji obuwia biegowego postrzeganego w kategoriach kolorowych kaloszy za 600zł.

 

Co dalej?

Dalej niech Wam się zdrowo i radośnie biegnie.

Ja w ciągu ostatnich trzech lat przedreptałem ponad 6000 km, w tym 5000 od czasu gdy po 34. Maratonie Warszawskim przerobiłem buty na minimalistyczne i zacząłem biegać boso. Podczas tych 12 miesięcy sprawdziłem wiele obuwniczych patentów i kończę sezon bez kontuzji (wcześniej miałem problemy z kolanami i biodrem) poprawiając czasy na każdym dystansie, na którym startowałem, w tym schodząc boso poniżej 19min na 5K.  Tyle z mojej strony.

[EPSB]Zobacz też: Bieganie boso[/EPSB] Wy zaś zrobicie, w co wierzycie. Jeżeli ma to być bieg w  czterystogramowych odważnikach zwanych obuwiem treningowym – niech będzie i tak. Ale… spróbujcie też trochę zimą podłubać w tym, co zalega wasze szafy. To przednia zabawa jest. I może coś się w Was obudzi.