The Color Run Warszawa. 5 kilometrów w skwarze, dookoła parkingu. Co kilometr ktoś próbuje wsypać Wam do gardła kolorowy proszek. Na mecie macie się z tego cieszyć. I skakać do góry, jak kangury.  To jak? Gotowi? Go!

WPIS W SKRÓCIE:

The Color Run Warszawa to specyficzny bieg na 5K
Specyficzny, bo na trasie obrzucają nas farbą
Pobiegłem. Żałuję. Napisałem dlaczego

[Publikowane na blogu treści są prywatnymi opiniami autora. Jeżeli chcecie je stosować, robicie to na własną odpowiedzialność]

The Color Run udaje zawody biegowe. Owszem, dostajemy numer startowy, zaczynamy na starcie i kończymy na mecie, ale zapomnijcie o takich rzeczach, jak klasyfikacje czy pomiar czasu.

The Color Run - mój "premium pakiet"

The Color Run – mój “premium pakiet”

Nie będąc świadomym tych niuansów zapłaciłem srogo za zabawę, myśląc że czeka mnie urozmaicony wyścig na 5K. O, jakże się myliłem! Ale po kolei…

The Color Run – kolorowy ból głowy

Bieg rozgrywał się na terenach otaczających Stadion Narodowy w Warszawie. Konkretniej: trasa prowadziła z parkingu, zygzakiem dookoła stadionu i znowu na parking. Istna cudowność. Kiedy przydreptałem na miejsce (trzecia fala o 16:00) zobaczyłem to, co na poniższym obrazku.

The Color Run - strefa startu

The Color Run – strefa startu

Ugh! Z miejsca poczułem się 20 lat starszy niż byłem jeszcze 5 minut wcześniej. Niemniej postanowiłem spróbować wtopić się w tłumek kilkudziesięciu osób…

The Color Run Warszawa - jestem gotowy

The Color Run Warszawa – jestem gotowy

A nie było łatwo, gdyż byłem jedyną osobą, która nie była ubrana na biało i jeszcze miała na twarzy maskę przeciwpyłową. No cóż. Przynajmniej się starałem.

Wtapiam się w tłum

Wtapiam się w tłum

Już pokolorowany, próbowałem odciąć się od głosu wodzireja, który zachęcał do “zabawy”. Pomysł, co by kucać i podskakiwać krzycząc, że jest super – nie trafił mi do przekonania. Sugestia, by seksownie kręcić bioderkami – też nie. Odnalazłem się dopiero w grze w manekina. Stanie bez ruchu? O, to było to!

The Color Run Warszawa – za jakie grzechy czarne?

No to tak sobie stałem i stałem, aż tu nagle wszyscy gdzieś pobiegli. Hmm… nieco mnie to zaskoczyło, bo do 16:00 były jeszcze dwie minuty, no ale… sam na sam z gościem z megafonem nie zostanę! Ruszyłem. I wtedy przestało być zabawnie.

Niby Color Run, a niezbyt kolorowo

Niby Color Run, a niezbyt kolorowo

Przestało z kilku powodów.

Po pierwsze miejsce było kompletnie obdarte z jakiegokolwiek cienia. Asfalt, który od rana się nagrzewał palił mnie w stopy i czułem, że mam dużą szansę na ich odparzenie (niestety czułem dobrze). OK, to moja własna “wina”.

Po drugie było nudno. Serio. Mało zawodników, beznadziejnie poprowadzona trasa i poziom współuczestników, który najlepiej opisuje to, że wiele osób po kilkuset metrach truchtu zaczęło przechodzić do marszu. Jedyną atrakcją byli zabłąkani rowerzyści, którzy co jakiś wyskakiwali na czołówkę, jadąc pod prąd biegu.

Zacięta rywalizacja, tłumy kibiców, piękna trasa. Za to płacicie

Zacięta rywalizacja, tłumy kibiców, piękna trasa. Za to płacicie

Po trzecie: główna atrakcja. Wyobraźcie sobie zawody, gdzie co kilometr przebiegacie pomiędzy ludźmi, których zadaniem jest obsypać Was kolorowym proszkiem. Ponieważ robią to już od kilku godzin, niektórym się średnio chce, inni sprawdzają jak dużo proszku może przyjąć dany zawodnik doustnie. A wszyscy są w maskach przeciwpyłowych.

Esencja zabawy. Zdjęcie od naszemiasto

Esencja zabawy. Zdjęcie od naszemiasto

Gdyby nie to, że i ja miałem swoją, to po każdym punkcie musiałbym wykasływać (wskazane!) barwnik z układu oddechowego.

200% zapylenia

200% zapylenia

Równocześnie, ponieważ strefy pylenia były jedynymi atrakcjami na trasie, wszyscy robili sobie przy nich zdjęcia. A, że przy okazji zatrzymywali się przed biegnącym gościem? Jego problem! Po co głuptak biegnie?

The Color Run Warszawa – za linią mety

Od maski miałem ochotę wymiotować, dzięki Słońcu rozpłynąć się, a asfaltowi zawdzięczałem coraz lepiej odczuwalne bąble na podbiciach stóp. Och, jakże to wszystko było radosne.

No ale, pięć kilometrów to nie wieczność i po dwudziestu kilku minutach zobaczyłem finisz (z niejakim trudem, bo na ostatnim punkcie kolorowania jakiś lepszy specjalista od farbek wsypał mi proszek zza okulary). Za metą czekał zapakowany w torebkę medal oraz następny wodzirej. Ten zapraszał do robienia “color blastów”, wrzucania “fotek z hasztagami na fejsa i insta” i oraz brania udziału w konkursach, gdzie dawał “po tysiaku”. No jakoś mnie nie przekonał.

Przysiadłem na spłowiałym kawałku trawnika, co by zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie, rzuciłem bluzgiem, po czym polazłem straszyć ludzi w metrze. UUuuuuu!

Dobiegłem. Co teraz?

Dobiegłem. Co teraz?

Color Run Warszawa - coś mnie zjadło

Color Run Warszawa – coś mnie zjadło

The Color Run – robicie to źle!

Reasumując: dałem 120 złotych za możliwość przebiegnięcia się po parkingu, najedzenia farby i wrzucenia do sieci fotki reklamującej imprezę. Brawo ja.

Wciąż próbuję dojść do siebie. Tonę w endorfinach!

Wciąż próbuję dojść do siebie. Tonę w endorfinach!

A przecież można by to wszystko zrobić inaczej. Chociażby skrócić trasę i wielokrotnie ją zapętlić – zorganizować bieg w parku czy na stadionie. I wtedy  przy każdym okrążeniu zasypywać biegaczy kolorowymi fontannami. Ba! Można było też mierzyć czas i wprowadzić kategorie według kolorów oraz oddzielną rywalizację na krótszych dystansach dla dzieci. Byłoby i dynamiczniej i bardziej wesoło oraz… bardziej kolorowo.

A można też nic nie zmieniać, bo po co? Nadal robić festyn na parkingu i kosić z ludzi grubą kasę za zabawę z ich własnym zdrowiem. Bo przecież o to tu chodzi.

#thecolorrun #thestupidest5k

Mój pierwszy medal z jednorożcem...

Mój pierwszy medal z jednorożcem…

Podpisano: Stary Zgred


ps. Zapomniałem o jednej atrakcji. Można było jeszcze przebiec przez rynnę z pianą! To znaczy “doświadczyć wyjątkowych doznań na #fomazone”. Jej!

ps.2 Pytacie mnie na fanpage po co brałem udział w czymś takim, skoro od początku było wiadomo, że to nie są normalne zawody. I czego teraz marudzę. Otóż ja nie mam problemów z “śmiesznymi zawodami” i na takie byłem przygotowany. Ale płacę, to oczekuję towaru zgodnego z tym, co jest na etykiecie, a nie tandety, którą dostałem. Stąd mój wpis. Że mogłem wypytać znajomych? Mogłem, ale uwierzyłem organizatorom, którzy używali słowa BIEG.