Łemkowyna Ultra-Trail jest niczym beskidzkie błoto. Człowiek raz wdepnie i już się nie odklei. Dlatego, pomimo mizernej kondycji, ponownie zjawiłem się na starcie ŁUT 150…

[Publikowane na blogu treści są prywatnymi opiniami autora. Jeżeli chcecie je stosować, robicie to na własną odpowiedzialność]

WPIS W SKRÓCIE:

ŁUT 150 to ponad 5.5K przewyższenia na 150 km trasy
Znak rozpoznawczy zawodów, to niesamowite błoto…
… oraz kolorowe, puste o tej porze roku góry

– O, Jakub! Dobrze Cię ponownie widzieć u nas! – w wejściu do biura zawodów wita mnie szefująca tu Gabriela, po czym dodaje: rozumiem, że chcesz odebrać swój pakiet? To zaczynamy sprawdzanie – pokaż swój dowód, bym wiedziała, że to Ty.

Łemkowyna jest jedyna. Rusza Ultra-Trail

Jeżeli do tej pory miałbym wątpić, gdzie jestem, kontrola ze strony Gabrieli rozwiała wszelkie wątpliwości. Znany z pyska, znany z bloga, a sprawdzany tak, jak każdy startujący. Takie sytuacje są możliwe tylko na Łemkowyna Ultra-Trail. Można ich za to nienawidzić, można kochać. Ja wybrałem miłość i dlatego po raz kolejny zjawiłem się w Krynicy, tym razem, aby zmierzyć się (ponownie) z dystansem 150 kilometrów szlaku wiodącego przez Beskid Niski.

Sprawdzanie sprzętu. Tu nie ma ulgowej taryfy

Sprawdzanie sprzętu. Tu nie ma ulgowej taryfy

Jako, że przygotowany byłem fest, formalnościom rychło stało się zadość i mogłem w spokoju ostatnią godzinę przed startem spędzić leżąc na podłodze i… pałaszując pizzę, która wcześniej zamówiona dla wolontariuszy, teraz smutnie czekała na swój zimny koniec. Nawet chciałem ją odkupić, ale skoro poczęstowali za darmo… to smakowała jeszcze lepiej. Szczególnie czwarty i piąty kawałek.

Byłem spokojny. Bardziej niż samym startem zajmowałem się analizą tego, jak udało mi się doprowadzić do sytuacji, że miałem bazę 130 kilometrów od miejsca startu. To nawet jak na mnie było niezłe. Stary, szacun.

Cześć!  Jakub, tak? Spoko piszesz, lubię cię czytać…

…to, co pokłócimy się o ceny butów?

Dlaczego masz skarpetki z palcami?

Jaki czas tym razem?

Faktycznie nie marzniesz. Ty serio na krótko!

Ojej. Ile tu było osób, które mnie znały!

PROŚBA: Wy mnie rozpoznajecie, ja Was nie zawsze. Przedstawiajcie się proszę, będzie mi łatwiej wyszukać Was i zaczepić w sieci czy rl'u

Kiwałem głową, odpowiadałem i rozmyślałem o swoich kostkach. Jedna skręcona na Janosiku doszła już do siebie, ale druga, nadwyrężona na tydzień przed startem, była ciut niepewna. Dlatego zastanawiałem się nad udziałem w zawodach. W sumie dopiero na dzień przed biegiem zdecydowałem się uczestniczyć. Szalę przeważył list od organizatorów, w którym pisali, że dostanę trackera GPS. Tak bardzo poczułem się doceniony, że aż zająłem się robieniem bałaganu.

Łemkowyna Ultra-Trail. Bieganie, to prosta sprawa...

Łemkowyna Ultra-Trail. Bieganie, to prosta sprawa…

Postanowiłem pobiec w lekkich ortezach i nie szarżować. Ponad rok po rozegranym na wariata Rzeźniku jeszcze nie odzyskałem formy sprzed tamtej durnoty. Nie miałem zamiaru powtórzyć historii na Łemko. Zacznie za bardzo boleć – schodzę!

No i w końcu ruszyliśmy…, ale wcześniej nie obyło się bez dodatkowej kontroli przy wejściu do zagrody startowej. Po raz kolejny, witając się ze znajomymi, grzebałem w plecaku, by pokazać im swój dowód.

PORADA: Przed startem trzymajcie dowód na wierzchu, będzie potrzebny
ŁUT 150 2017 – Noc błota

Było sucho… i  zs ciepło. To duża różnica w porównaniu z poprzednim startem tutaj, kiedy padał nam na głowy śnieg z deszczem. Tym razem biegłem na krótko, a obfity pot spływał po mojej czaszce. Cholera, koszulki jednak zdejmować nie chciałem.

Nocą na trasie ultra

Nocą na trasie ultra

Agresywny bieżnik Salming Elements robił swoje. Buty dobrze trzymały się gleby, dreptałem pod górę, truchtałem w dół i uśmiechałem się do zapamiętanych miejsc – tu zabłądziłem; tu spadałem od drzewa do drzewa, bo nie mogłem się zatrzymać; tutaj robiłem siku; a tam zgasła mi czołówka…

Było nieźle, mimo wkurzających stabilizatorów kostek i lekkiego ugotowania moich (znowu!) 90 kg pierwszy punkt kontrolny zrobiłem 90 minut przed limitem.

Popas w Ropki Siwejka

Popas w Ropki  / Siwejka

Rychło potem mój optymizm został przyhamowany. Mocne podejścia przed Wołowcem wypociły ze mnie wodę. Ba…, pozbawiły mnie też picia w bukłaku i plecaku. Miałem zbyt małą pojemność camela, by przy takiej temperaturze komfortowo robić odcinki po 20 kilometrów.

Równocześnie… zacząłem zasypiać. Ze względu na problemy z żołądkiem nie miałem dopalaczy i nie piłem kawy przed startem. I teraz – chociaż dzień przed startem przespałem w pociągu – głowa już nie dawała rady. Piętno ostatnich, wybitnie ciężkich tygodni, odcisnęło się na jej mocy i odporności na stres.

Ultrałemkowyna - ktoś tu mnie łyka...

Ultrałemkowyna – ktoś tu mnie łyka…

Zwolniłem i zacząłem tracić pozycję. No cóż, byle do brzasku i kolejnego punktu, tam się prześpię i będzie lepiej – plan był prosty – przespać, przeczekać musiałem to.

Hej, trasa skręca w lewo! – krzyknąłem do biegacza przede mną, kiedy minął zejście z drogi.

O, dzięki! Zasnąłem – ów odpowiedział – zaraz, czy ty jesteś Jakub Abramczuk?

No jestem, cześć! Jak leci? Robisz 80-tkę, tak? – rozmowa mogła uratować mnie przed zaśnięciem… dalej ruszyliśmy razem.

KOLEGO: Niestety nie pamiętam Twojego imienia, ale jesteś za to na zdjęciu otwierającym wpis, tutaj masz je bez tekstu. Aktualizacja: Dawid!
Światło czołówki odsłania niezwykły cmentarz na szczycie Rotundy

Światło czołówki odsłania niezwykły cmentarz na szczycie Rotundy

ŁUT 150 2017 – WODA, kocham i szanuję

Rankiem dotarliśmy do punktu na 43-cim kilometrze. Tam natychmiast połknąłem dwie porcje przepysznej zupy serwowanej przez ekipę, w której dostrzegłem Mikołaja i Marcina, po czym chwyciłem koc i zwaliłem się na ławę. Chrzanić limity, kiedy dwa kwadranse mogą przynieść odrodzenie.

ŁUT 150 - przebudzenie w Chacie u Kasi

ŁUT 150 – przebudzenie w Chacie u Kasi

Wstałem, było lepiej, ale zapas czasu skurczył się do 45 minut. Bez ociągania się ogarnąłem graty i ruszyłem w trasę…, by po chwili poczuć, jak bardzo już się odwodniłem.

PORADA: Zawsze pijcie ciepłe napoje, szczególnie zupę. To energia, nawodnienie i ciepło w jednym - nic lepszego Was nie spotka, aż do samej mety

Przestraszyłem się. Odcinek miał ponad 20 km, prognoza zapowiadała słońce, a ja miałem marne półtora litra. To nie wyglądało dobrze. Ale przypomniałem sobie, że trasa wiedzie koło schroniska w Bartnem (gdzie w 2015 roku był punkt odżywczy). Ha, tam był sklepik!

Dzień dobry, poproszę sok pomarańczowy

Ale mamy tylko w kubeczkach…

Nie szkodzi, w takim razie wezmę dwa

No i wziąłem. Okazało się, że “kubeczki” mają po… 400 mililitrów, a sok to nektar. Ale nic to, wypiłem do dna i poczułem się trochę lepiej.

Soczek w kubeczkach ratuje mi zdrowie

Soczek w kubeczkach ratuje mi zdrowie

Niedaleko za schroniskiem zaczynał się mój “ulubiony” fragment trasy wiodący przez bagienko. Wciąż zachodzę po rozum do głowy, jak to możliwe, że oficjalny szlak PTTK jest poprowadzony przez coś takiego. Miałem nadzieję, że uda mi się przejść przez to suchym butem, ale po kilkudziesięciu metrach wiedziałem, że mogę tylko wybierać – czy do kostek, czy po kolana.

Macanie szlaku

Macanie szlaku przez bagno

PORADA: Na tym odcinku NIE DA SIĘ uniknąć bagna. Natomiast najbardziej sucho jest zaraz przy płocie. Tamtędy próbujcie, małpiate mogą spróbować wejść nieco na płot i iść w ten sposób.

Z mokrymi butami pogodziłem się, gorzej że moje palczaste skarpety napuchły od wody i w niezbyt szerokich Salmingach zrobiło się jeszcze ciaśniej. To musiało mieć konsekwencje. Zamiast cieszyć się widokami, zacząłem wizualizować sobie, jak przy każdym kroku mój wielki paluch ociera się o sąsiada i wali w sklepienie buta. Ortezy nie poprawiały sytuacji, grzały stopy, powodowały, że but słabiej je trzymał przy zbiegach. Auć.

Tymczasem zrobiło się ładnie...

Tymczasem zrobiło się ładnie…

... bardzo ładnie

… bardzo ładnie

I cholernie gorąco!

I cholernie gorąco!

ŁUT 150 – DZIEŃ MAJAKÓW

Po dwóch godzinach doszła kolejna atrakcja. Zacząłem majaczyć. Tak, wiem że to niemożliwe, że potrzeba co najmniej dwóch nocy na trasie, ale jednak – udało mi się przyśpieszyć proces. Nie, nie było to fajne.

Poprzednim razem haluny przerabiałem po ciemku – wtedy mniej widziałem i mniej rzeczy mnie rozpraszało. Tymczasem, za dnia, co drugi konar przybierał postać splecionych kochanków, pniaki stawały się wpatrzonymi we mnie psami, za drzewami płynął piracki statek, a przy ścieżce leżał zielony niedźwiadek. Zaiste dobry towar musiał być w tym soczku ze schroniska, ale biec się na nim nie dało.

Z daleka leżący na boku misio, z bliska krokodyl!

Z daleka leżący na boku misio, z bliska krokodyl!

Jakiś gnój dźgnął krasnala i zostawił ciało na ścieżce!

Jakiś gnój dźgnął krasnala i zostawił ciało na ścieżce!

Oj... nie wiem co to, ale lepiej zwolnię i dwa razy mrugnę...

Oj… nie wiem co to, ale lepiej zwolnię i dwa razy mrugnę…

Im bliżej Przełęczy Hałbowskiej, tym było ciekawiej. Znowu skończyła się woda, ostatnie kilometry robiłem czując się niczym podróżnik zagubiony na pustyni. Aż ujrzałem ten znak…

ŁUT 150 - uwaga, będzie z górki!

ŁUT 150 – uwaga, będzie z górki!

… i w głos wybuchnąłem śmiechem. To znaczy, że co? Dotychczas było lekko? A to to na zdjęciu to rozumiem, że podwórko świnki Peppy?

Na ŁUT 150 błotka obfitość. Zawsze

Na ŁUT 150 błotka obfitość. Zawsze

Do punktu na 64-tym kilometrze dotarłem 30 minut przed limitem. Rosnący krwiak pod paznokciem, coraz mocniej przypominająca o sobie kostka, odwodnienie i narastające oderwanie od rzeczywistości. Schodzić czy nie schodzić? Hmmm… NIE! Zależało mi, by przynajmniej osiągnąć Chyrową, a póki było jasno i ciepło, póty trasa była do zrobienia.

Pożegnałem opiekuńczych wolontariuszy, strzeliłem fotkę kwiatków, które mieli na stole, z żalem popatrzyłem na rozpalone w beczce ognisko i zacząłem wdrapywać się na Łysą Górę.

Normalnie wzruszyłem się

Normalnie wzruszyłem się

ŁUT 150 – WKURW O ZMROKU

Musiałem się ubrać. Pogoda była na tyle absurdalna, że równocześnie było mi gorąco i czułem, że się wyziębiam. OK, nic już mnie mogło zdziwić. No, może poza tym, że niedługo po wejściu na Łysą zostałem złapany przez bardzo sympatyczną parę, która oficjalnie zamykała bieg i zgarniała zombie.

Ej, dlaczego Wy tu już jesteście? Przecież jest jeszcze czas! – rezolutnie zagaiłem niebieskie ludziki.

Jest, ale ty jesteś ostatni. Pójdziemy sobie razem, pośpiewamy, zobaczysz – fajnie będzie – odpowiedziała długonoga łania.

O nie! Są granice! A to było ich przekroczenie i brutalne wtargnięcie do mojego małego ogródka osobistej godności. Wiedziałem o co najmniej dwóch zawodnikach będących kilka minut przede mną. Postanowiłem odgrodzić się nimi od tylnej straży.

Przez wioski i pola ucieka fasola

Przez wioski i pola ucieka fasola

Kilometr w 10 minut, kilometr w 9…, i proszę bardzo, udało się. Ostatnie poważne podejście przed przepakiem robiłem mając już dwie dodatkowe osoby za plecami. Uff!

Chyrowa welcome to

Chyrowa welcome to

Ku…rka, jak to się ciągnęło! Jeszcze w górę było spoko, ale potem trasa zaczęła prowadzić zygzakiem przez miejscowy rezerwat krzaków i badyli. Myślałem, że szlag mnie tam trafi. Na 100% osoba, która wytyczała ten odcinek, miała poniżej 160 cm wzrostu. No i nagle zrobiło się ciemno. Znowu…

Grrr, wrrrr, hrrrr !

Grrr, wrrrr, hrrrr! Tak, to szlak

ŁUT 150 201- NOC w różu

Na przepak wbiegłem (a jednak) na 30 minut przed jego zamknięciem. Była już noc. W głowie kusząco brzmiało zaproszenie Marty ze straży, bym jeszcze poleciał z nią przynajmniej do Iwonicza…

… zastanowiłem się. Miałem zbyt mało czasu by spokojnie zmienić ciuchy i najeść się. Co najmniej jedna z moich stóp wymagała szybkiej operacji wielkiego palucha. Czekały mnie dwa mocne podejścia i zejście w megabłocie, a kostki i uda już głośno mówiły: dość!

PORADA: Z Punktu w Chyrowej wychodźcie tak, by przed zmierzchem zrobić trasę przez dwa wzniesienia przed Iwoniczem. Po ciemku jest naprawdę ciężko (zwłaszcza drugie daje w kość)

Miałem alternatywę: albo gonię kolejne punkty, sprawdzając jak daleko dojdę bez odpoczynku i regeneracji, albo kończę tutaj, odbieram przepak, zakładam ciepłe ciuchy i jak dobry los pozwoli zawijam się do ciepłego łóżka w bazie Pąpkinsów.

Teraz, z perspektywy kilku dni, nie jest to już takie oczywiste. Wtedy, w tamtym miejscu i w tamtych warunkach nie gdybałem zbyt długo. Podziękowałem pracującym na punkcie ochotnikom, wypiłem gorącą herbatę z wkładką i załadowałem się do – o dziwo ! – akurat czekającego na schodzących z trasy autobusu. Po czym…

…obudziłem się w Komańczy, gdzie w najlepsze świętowano przybywanie kolejnych finiszerów. Ugh…, lekkie ukąszenie węża zawiści i nikła nadzieja, że mnie nikt nie rozpozna.

Namiotowa baza na mecie Ultrałemkowyny

Namiotowa baza na mecie Ultrałemkowyny

Jedyne co mi zazgrzytało tego dnia. Kawa i herbata płatne na mecie...

Jedyne co mi zazgrzytało tego dnia. Kawa i herbata płatne na mecie…

Zebrałem swoje tobołki (zapach suszonej islandzkiej ryby niezawodnie doprowadził mnie do torby) i jeszcze, zanim skończyłem delektować się rozdawanym na mecie pomidorowym kremem, dostałem strzałkę od Krassusa. Jestem, chodź, jedziemy do bazy PĄ….

…a co się działo później tej nocy, na terenie nieczynnego dworca kolejki w Łupkowie, to już zostanie na zawsze skryte w różowej mgle… Niemniej, mam dla Was pożegnalne foto, strzelone pod pociągiem, który za chwilę mieliśmy uprowadzić w kierunku Krakowa.

Różowa Mafia - zdjęcie <strong><a href="https://www.instagram.com/rudanawybiegu/">Rudanawybiegu</a></strong>

Różowa Mafia – zdjęcie Rudanawybiegu

ŁUT 150 – podsumowanie Łemkowyna Ultra-Trail

Czas na zakończenie. Start na Łemko pokazał mi w sumie, gdzie są moje realne granice, kiedy nie mam zdrowia, formy i duszy. Chciałem sprawdzić, czy sięgną one 150 kilometrów. No nie, aż tak dobrze nie ma. Pewnie gdzieś 100 – 110 km, to byłby kres moich możliwości. Cóż, tym razem nie będzie 6 punktów na UTMB.

ŁUT 150 - trasa 2017

ŁUT 150 – trasa 2017

Równocześnie zawody pokazały mi, jak wiele osób jest wokół mnie i ile z nich jest skłonnych pomóc, gdy poproszę. Potrzebowałem tego, tej zaskakującej myśli, że czasami nie trzeba walczyć samemu…

Ewo, gdyby nie twoja opieka nad nami, pewnie spałbym przy ognisku. Moniko, dziękuję za motywację! Tomaszu, to że zjawiłeś się na dworcu PKP, to było… coś. Pawle, Twoje januszowanie jest cholernie inspirujące. Kamilu, Twój bilet mógł uratować mi życie, trochę nie jestem OK z tym, że nie użyłem… Anno, Twoje czarne serce znaczy więcej niż 100 czerwonych. Mikołaju, zawołanie “odwagi!” wezmę z sobą nie tylko na biegi ,a to jak chciałeś okryć mnie kocem było przeurocze. Dawidzie, wspólnie wygraliśmy ze snem! Marcinie, ojciec jest tylko jeden, a jak jeszcze umie wesprzeć, to jest właśnie to! Oraz, fajny z Ciebie wujek. Powodzenia! Joanno, dziękuję że mi pomogliście błyskiem myknąć do Krakowa. Aniu, Tobie dziękuję in spe za to samo i pamiętam o wywiadzie w worku na głowie. Żono – brak dzieciaków na głowie i czekająca na mnie pizza…, dzięki. Oraz wszyscy Wy, którzy przybiliście ze mną grabę i zachęcaliście do walki 100hr…

DZIĘKUJĘ WAM!


ŁUT 150 – technikalia startu
Szpital polowy na dworcu Kraków Główny

Szpital polowy na dworcu Kraków Główny. Ratuję paznokieć wielkiego palucha

Sprzęt:

  • Plecak Grivel 12l
  • Buty Salming Elements (dobra rzecz)
  • Skarpety palczaste Injinji (błąd, napuchły od wody)
  • Compressy CP na łydki
  • 2 x orteza na kostki (nie da się z tym dobrze śmigać)
  • Kijki Fizan
  • Spodenki z wkładką zamiast gaci (Decathlon)
  • 1l bukłak w plecaku
  • 0.5l bidon
  • T-shirt Merino Inov-8
  • Długi rękaw Merino Inov-8 (nie założyłem)
  • Przeciwdeszczowa kurtka z Kalenji (znowu wygrała ze Sshell od Inov-8)
  • Wodoodporne spodnie Inov-8 (nie założyłem)
  • Dwa buffy
  • Czapka z daszkiem Kalenij

Dodatkowo na przepaku czekały: Merrell Agility Peak, skarpety Dexshell, gacie Icebreaker merino, bluza i gruba czapka UA – czyli sprzęt na drugą noc w trasie.

Żarełko i inne:

  • 5 jajek
  • 80 gramów suszonej ryby
  • 2 x 100 g mieszanki studenckiej
  • 2 x 50 g sękacza
  • 1 x żelki 200 g
  • Imbir do żucia (korzeń)
  • To co podeszło na punktach odżywczych – głównie pomarańcze
  • 5 l wody
  • 1 l mieszanki zielonej herbaty i yerba mate
  • 1 l coli
  • 0.8 l nektaru pomarańczowego
  • 0.5 l zupy