MER 2016 – przeklinałem, śmiałem się, biadoliłem. Szedłem na śpiocha i leciałem na skrzydłach. Wszystko po to, by po 24 godzinach wejść na 12 tysięcy metrów i wyjść z Marriottu mówiąc sobie: Arghh, nigdy więcej!

[Publikowane na blogu treści są prywatnymi opiniami autora. Jeżeli chcecie je stosować, robicie to na własną odpowiedzialność

Druga edycja Marriott Everest Run nie różniła się dużo w swoich założeniach od pierwszej, więc o co w tym wszystkim chodzi możecie przeczytać tutaj.

MER 2016 – mądrzejszy o rok ultra

Wystartowałem spokojniej, rozłożyłem siły, nie robiłem bezsensownych biwaków i miałem w głowie odrobione lekcje z KBL110 i ŁUT150. Efekt był taki, że zwolniłem w nocy, by nad ranem przycisnąć i skończyć bardzo mocno (wejścia dużo szybsze niż na starcie). Ostatecznie wyszedłem na światło dzienne z wynikiem o 1500 metrów lepszym niż rok temu. I dobrze, tyle na mój temat. Wystarczy. Gdyż ci, o których chciałbym napisać, to oni:

MER 2016 – byliście niesamowici!
  • Przede wszystkim zawodnicy i zawodniczki, którzy pomimo masy startowej ostro powyżej 100 kg atakowali podejście przez 20 i więcej godzin. To było niewiarygodne i nie miałbym dla siebie za grosz szacunku, gdybym odpuścił, kiedy Wy napieraliście. I chociaż ktoś z tej ekipy określił mnie… eeee… przech**jem (w kontekście moich podejść), to nie – nie chcę Was tu wymieniać z imion (nie wiem czy chcielibyście tego), ale dla mnie to Wy jesteście prawdziwymi bohaterami!
  • Szerpowie – gdyż takim wspólnym określeniem określili się nasi woluntariusze na swoich plakietkach (cwane). Dlatego muszę anonimowo wymienić tych niesamowitych ludzi:
    • Ci, którzy błyskawicznie reagowali na moje prośby o nawiewy na klatce, nowe worki na śmieci i ogarnianie imprezy.
    • Ci, którzy bohatersko nalewali nam wodę na strychu, spędzając tam godziny w łaźni i mając uśmiech i słowa zachęty dla każdego, kto ich mijał.
    • Koleżanka przebijające mi piątkę za każde wejście powyżej 80-ciu.
    • Kolega wachlujący nas płachtą dykty i puszczający muzykę w windzie (Chociaż nie wiem, czy Akurat i “Droga długą jest” było najlepszym strzałem ;-) ).
    • A także koleżanka (możliwe, że wypadałoby nawet napisać: pani) obsługująca windę na ostatniej wachcie. Bez niej tak mocny finisz były dużo trudniejszy.

    EVEREST TEAM – DZIĘKUJĘ WAM. Byliście super! Kłaniam się w pas.

  • Zawodniczka (Miło było poznać, Maria), która testowała różne techniki wchodzenia, czasami był to niemalże balet – fascynująca sprawa do obserwowania po dwudziestu godzinach na klatce schodowej (no i miała zielone Vapor Glove). Zawodnik, który atakował szczyt mając na plecach… górski plecak! Raz za razem wchodził z obciążeniem i szeroko uśmiechał się do wszystkich. Wow…
  • Zwycięzca. Wynik Roberta (ponad 100 wejść) jest kosmiczny. Kłaniam się głęboko. Howgh!
  • Ekipa, która mnie rozpoznawała (cholera, jestem celebrytem??) i dopingowała z imienia – choć na numerze miałem nazwę bloga – a szczególnie rywal, który po 23 godzinach ścigania powiedział – WIEDZIAŁEM, ŻE NIE ODPUŚCISZ. Stary, no ja tego nie wiedziałem. I wielkie dzięki za te słowa. Dały kopa!
  • Wszyscy startujący Wy! Atmosfera na trasie była niezwykła. Na kilka tysięcy manewrów mijania może z trzy razy musiałem prosić o drogę. I to też wynikało raczej z zamyślenia osoby przede mną, a nie jej złej woli. Nikt też nie odwalał akcji z zeszłego roku, pdt.: “Jestem w czołówce, wpuśćcie mnie do windy”. Owszem, jakiś typ (płeć nieznana) zżarł wniesionego na górny przepak batona Doroty, ale nawet na schodach stąpajmy po ziemi – przy ponad 200 osobach zgromadzonych w jednym miejscu zawsze się trafi jakiś łoś (płci dowolnej).
  • Zaskakująco liczne grono bliższych i dalszych znajomych (bez Was pewnie bym oszalał, albo zasnął w windzie), w tym nieoceniona Dori, która – jak zawsze – k**wiąc i rzucając mięsem –  zrobiła swoje, i to w takim stylu, że skończyła swoją pierwszą w życiu ultranockę na zawodach jako trzecia kobieta!

Aczkolwiek, jeżeli mi nie odpuścicie i NAPRAWDĘ musicie wiedzieć, jak tam było i jak to wyglądało… to OK. Włączcie nagranie umieszczone poniżej i oglądajcie je bez przerwy przez 24 godziny. Film dobrze oddaje sedno i sens MER 2016 (poza tym, że nie udało mi się nagrać tropików panujących w klatce schodowej między 20-tym, a 37-mym piętrem):

Marriott Everest Run 2016: Relacja z zawodów

[EPSB]100HRMAX.PL: niemazesienieda [/EPSB]

Tak. Pogłoski o mojej normalności są nieco przesadzone.


*) Zdjęcie tytułowe z naszemiasto.pl