Spontaniczne 50 kilometrów po Górach Świętokrzyskich, z mocną ekipą u boku i łazienkową armaturą na plecach. Czy można sobie wyobrazić lepszy początek Majówki niż taki świętokrzyski trail? Nie! Zatem posłuchaj głosu mego. Najbardziej wiarygodnego, uwagi godnego.

[Publikowane na blogu treści są prywatnymi opiniami autora. Jeżeli chcecie je stosować, robicie to na własną odpowiedzialność]

– Jakub, biegniemy w sobotę pięćdziesiątkę po Górach Świętokrzyskich. Może dołączysz? – zagaił mnie niejaki Zając (znany też pod pseudonimem Paweł), trzy dni przed terminem biegu.

50 kilometrów? Po górach? Podczas, gdy od października raz biegałem coś dłuższego niż 25 kilometrów, a góry po raz ostatni widziałem na Łemkowynie?

Będzie PRZYGODA! No i pierwszy poważny sprawdzian przed UTMB. Lecę!

Świętokrzyski trail – tu Kielce, Kielce. To Kielce są bracie

Deklaracja to jedno, logistyka to drugie. Do treningu zacząłem się pakować w piątkową noc, co się oczywiście skończyło tym, że miałem cztery godziny na sen, zanim dostałem po uszach jazgotem budzika. Bleee

Ale ultras miękkim nie jest. Ruszyłem umyć zęby i…

Nie ma takiej godziny w sobotę, jak 5:28

Nie ma takiej godziny w sobotę, jak 5:28!

.. ugh! Nie było łatwo. Niemniej, w metrze nie zasnąłem, AutobusLachów znalazłem, do Radomia dotarłem. Tamże zwiedziłem urocze okolice dworca PKS (było tak urokliwie, że tylko czekałem aż spotkam Chytrą Babę). Ale się nie doczekałem – po kilkunastu minutach zostałem przejętym przez Pawła i ruszyć jego furą w stronę Kielce (tak, coraz głębiej w mrok, coraz bliżej jądra ciemności).

W Kielcach, jak to w Kielcach – powabnie, że nanana – czyli piiiiździło, wiało i zimnem ciskało. Schroniliśmy się w miejscówce Michała (skrytka tak dobra, że nawet udało się samochód przed czujnym okiem straży miejskiej uchronić) i po uściśnięciu swoich grab, tudzież ceremonii uroczystego wcierania wazeliny, ruszyliśmy na spotkanie z kolejnym kurierem. Ten miał nas dostarczyć na miejsce startu.

Świętokrzyski trail - jeszcze cukier nie spadł, a już jest niedobrze

Świętokrzyski trail – jeszcze cukier nie spadł, a już jest dziwnie

Świętokrzyski trail – Szczytniak i Łysa Góra

Trasa, którą chcieliśmy pokonać, wiodła czerwonym szlakiem i pokrywała się z drogą przygotowaną pod rozgrywanego 12 godzin później Świętokrzyskiego Twardziela. Po prawdzie to miała dwie charakterystyczne cechy. Mianowicie…

1. Błoto i kałuże:

Świętokrzyski trail - błotnie i zimno

Świętokrzyski trail – błotnie i zimno

2. Kałuże i błoto:

Błoto w Świętokrzyskich

Błoto w Świętokrzyskich

Ponieważ leciałem w minimalistycznych TG2,nie cierpiałem zbyt bardzo z tego powodu. Wszak nie planowałem suchych skarpet, a moje Merrelle z wlotami/wylotami wody na spodzie zdecydowanie lepiej sobie radzą z taką nawierzchnią niż ostrymi kamieniami (które i tak na mnie czekały).

Ekipa cisnęła, że o mamo! Pierwsze 5 kilometrów zrobiliśmy w 33 minuty. Normalnie prowokacja wobec ducha gór. Niestety powtórzyła się też sytuacja z moich zeszłorocznych startów. Podczas, gdy na prostych i podbiegach mogłem kozaczyć, to na zbiegach zostawałem z tyłu. Tu się niestety nic nie zmieniło – tak to bywa, jak nie jesteś u siebie.

Kilometry mijały. Paweł (Kosin) mający lokalne szlaki w małym palcu raczył nas opowieściami o co drugim drzewie przy trasie, Paweł (Zając) rzucał stylowymi bluzgami i cisnął jak zaprawiony ultras, a ja i Michał spokojnie robiliśmy swoje. Zanim się obejrzałem, mieliśmy za sobą pierwszy półmaraton i popas na szczycie Łysej Góry.

Świętokrzyski trail - trzeba sprawdzić lajki

Świętokrzyski trail – trzeba sprawdzić lajki

Świętokrzyski trail – Łysica

Pierwsze kilometry prowadziły głównie w dół. Po tym, jak już udało się rozruszać skostniałe kończyny (głuptaki na popasie siedziały zamiast stać) piątka pękła w 31 minut! Coraz liczniejsi turyści tylko się oglądali za naszymi stopami, a co bardziej bystrzy mogli jeszcze dostrzec mój dość niecodzienny ekwipunek, który liczne komentarze przyciągał. Cóż, nie każdy robi pięćdziesiątkę po górach z prysznicem na plecach…

Prysznic na trasie

Prysznic na trasie

.. a dlaczego właśnie tak? Prawdę pisząc, to nie wiem. Zaczęło się od tego, że wrzuciłem na FB zdjęcie słuchawki przytroczonej do plecaka (gdyż tak akurat ze sklepu ją transportowałem). Słowo do słowa, żart do żartu i okazało się, że będę biegł z wyjątkowym sprzętem. Powiadam: uważajcie na to, co piszecie w internetach. Nigdy nie wiadomo co się na koniec z tego wykluje.

O, k****wa – oni mają nawet prysznic!

– ten pełen niedowierzania okrzyk za moimi plecami, dał mi kopa na dobre dziesięć kilometrów. A kop był wskazany, gdyż granica strefy komfortu była coraz bliżej.

Kończymy drugą połówkę. To czuć

Kończymy drugą połówkę. To czuć

Podejście pod Łysicę było rozwlekłe upierdliwe. Słynny maratoński trzydziesty piąty kilometr akurat wypadł w ramach długiej wspinaczki kamienistym szlakiem pełnym koryt z błotem i zawalidrogów na wycieczce (to był ten moment biegu, kiedy każdy mnie ***ał). Poczułem to wejście w nogach, a poczucie ulgi po osiągnięciu szczytu było realne. Aż musiałem się odświeżyć…

Łysica - prysznic na górze

Łysica – prysznic na górze

…i poprosić chłopaków do pamiątkowego zdjęcia.

Od lewej: Paweł K, Michał B., Paweł Z., i ja

Od lewej: Paweł K, Michał B., Paweł Z., i ja

Świętokrzyski trail – to co wywalczycie zostanie w duszach Waszych

Kolejna przerwa na konsumpcję i zaczęliśmy ostatni etap wyprawy. Celem była, skryta za oddalonym o 5 kilometrów szczytem, Ameliówka, w której miałem nadzieję złapać transport do miasta (zostały mi trzy godziny do powrotnego autobusu). Ten fragment trasy wiódł częściowo asfaltem i był mniej dziki niż poprzednie, niemniej i tak – widok tego, co czekało na nas na czterdziestym kilometrze – wywołał moje ciężkie westchnięcie. Auć!

Świętokrzyski trail - ostatni szczyt

Świętokrzyski trail – ostatni szczyt

Pomimo “Auć!” gibko pokonaliśmy i zbiegliśmy na drogę krajową 745. A tam ruch niczym w stolicy. Zgroza! Tyle, że autobusów brak… Sobota i 18:00? Już nie jeżdżą! Trochę mnie to wkuzdenerwowało (sorry Pawle K., ale już niski cukier miałem) – nie taki był plan.

Ruszyliśmy wzdłuż drogi ku kolejnym wioskom, co by sprawdzić czy tam sytuacja nie będzie lepsza. Co prawda prywatne busy się nie pojawiły, ale zabiliśmy czas i pięć – bardzo długich – kilometrów dalej, doczekaliśmy się przybywającego nam na ratunek przedstawiciela komunikacji miejskiej. Miałem szansę zdążyć!

Powrót do Kielc zapamiętam przede wszystkim ze względu na to, jak niewiarygodnie zimno mi było, na kilkuset metrowym odcinku z autobusu do mieszkania Michała. Nie pamiętam czy kiedykolwiek wcześniej miałem takie drgawki całego ciała. Tutaj tak. Nie nogi, nie zakwasy czy głód, a przeraźliwe zimno zdominowało te chwile.

Trzęśliśmy się wszyscy, że hej. Na szczęście, zanim wypadły nam zęby, udało się wskoczyć pod gorącą wodę (oddzielnie, żeby nie było mi tu). Zawinięty w co się da pogadałem jeszcze chwilę z chłopakami, po czym ruszyliśmy odstawić mnie do autobusu. Pożegnałem się (Panowie, jeszcze raz dziękuję za wyciągnięcie mnie na ten bieg, tudzież całokształt gościny!) i zapadłem w letarg. Ni sen, ni jawa. Zmęczenie walczyło z niewygodą, a mózg oddał resztki swojej energii innym organom. Płynąc wśród dziwnych obrazów i myśli dojechałem do stolicy

Zombie w autobusie

Zombie w autobusie

i dotarłem do domu, gdzie na chwilę przed północą wrzuciłem ciuchy do pralki i usiadłem do zasłużonego posiłku regeneracyjnego. A co, jak się biega ultra to można!

Ultra regeneracja

Ultra regeneracja

Pranie na suszarkę i…
… budziłem się po 11 godzinach.


A teraz finał, finisz, koniec i kropka
Koniec z tym pieprzeniem to ostatnia zwrotka

– czyli trochę mięcha dla chętnych bardziej technicznych danych.

Sprzęt

50K po Górach Świętokrzyskich - ekwipunek

50K po Górach Świętokrzyskich – ekwipunek

  • Plecak dobrze się spisał (to był jego debiut na dłuższej trasie); słuchawka rządziła!; chińskie kijki za kilka dolarów – chociaż podołały trasie – to jakoś im nie ufam do końca; Przy okazji MTG2 po raz kolejny potwierdziły, że nie nadają się do zbiegania po kamieniach. Zatem nadal mam zagwozdkę, w czym wyskoczę na UTMB.
  • Odżywianie

    Uwzględniając fakt, że dzień zacząłem o 04:30, a w domu byłem o 23:50, to do sprawy podszedłem z dość dużą dozą fantazji:

  • Po obudzeniu: buła z jogurtem i burakami; banan; 0.5l wody; 0.3l oshee
  • Na trasie: 1l wody; 1l oshee; 0.5l coli; dwa figowe batony; dwa kabanosy od Pawła
  • Przed autobusem do domu: jakiś zdobyczny żel, co zapomniałem że mam przy sobie; banan; 0.3l oshee; piwo
  • Nie rzeknę, że skończyłem bieg z dużym zapasem energii, ale też nie o to mi chodziło. Celem było pomęczenie stanów niskich. A to się udało się.

    Trasa

    Świętokrzyski trail - 50K / mapa

    Świętokrzyski trail – 50K / mapa trasy

    Uważam, że całkiem sympatyczna. Może przydałoby się więcej przewyższeń, a mniej błota niemniej spontaniczne 1000 metrów górę i dół też poczułem, zaś pierwsza połowa upłynęła nam w całkowitej samotności (co w górach bardzo cenię).

    Niezłym patentem było (czego nie byłem przez dłuższy czas świadomy), że biegliśmy cały czas w stronę Kielc, co bardzo ułatwiło powrót do bazy. W sumie zabrakło nam dziesięciu kilometrów by dobiec do miasta (i to jest pewien plan…).


    *) W tekście występują fragmenty tekstu utworu Scyzoryk. Nie znasz? To… ***