Są takie podsumowania, które bolą, takie których pragniemy uniknąć. To właśnie te, które mogą przynieść najwięcej korzyści – o ile tylko uda się nam zdobyć na szczerość wobec samego siebie. Oto mój sezon biegowy…

[Publikowane na blogu treści są prywatnymi opiniami autora. Jeżeli chcecie je stosować, robicie to na własną odpowiedzialność]

Pierwotnie to miał być wpis omawiający ostatni sezon. Myślałem, co by napisać, ile to kilometrów przebiegłem, ile kalorii popaliłem i jak setki godzin spędziłem na treningach. Chciałem, ale zmieniłem zdanie – bo po prawdzie czy kogoś z Was to tak naprawdę interesuje? Myślę, że nikogo.

Sezon biegowy – patrz w serce, nie w Endomondo

Dlatego napiszę o czymś innym. Chrzanić treningi, medale i 450 kilometrów zrobione po górach. Jakie znaczenie ma to, że zebrałem punkty UTMB, kiedy jestem na siebie wściekły?

ŁUT150: sukces? A może raczej porażka?

ŁUT150: sukces? A może raczej porażka?

Zapuściłem się kondycyjnie, ważę o 10 kilogramów więcej niż wynosi moje sportowe optimum i 5 kilo więcej niż rok temu. Nie udało mi się poprawić żadnego wyniku na “normalnych” zawodach od 3 do 42 kilometrów. Owszem, ukończyłem jakieś tam rywalizacje na dużo dłuższych trasach, lecz żadną w takim czasie, z którego czułbym się dumny. Żenada.

Zamiast się ścigać z swoimi ograniczeniami, wybrałem wygodniejszą strategię biegania jako wsparcie, co z jednej strony takie sympatyczne, a z drugiej nie wymaga większego wysiłku i powoduje, że nawet czysto odruchowo zaczynamy porównywać się z tymi, których ciągniemy, a nie tymi którzy nas wyprzedzają.

100hrmax.pl - w roli zająca

100hrmax.pl – w roli zająca

Zamiast żyć tak, jak radzę innym, ciągle sobie odpuszczałem, tak w diecie, jak w stylu życia. Konsola i piwo częściej niż chciałbym bez większych problemów wygrywały z niewygodnym treningiem o piątej rano.

I po prawdzie jestem tak zniesmaczony tym wszystkim, że najnormalniej w świecie nie mam ochoty zaczynać nowego sezonu biegowego (a powinienem, bo roztrenowanie się skończyło), tudzież mądrzyć się na blogu i FB. Nie z tym brzuchem, nie z tym tętnem spoczynkowym, nie z poczuciem, że mimo 550 godzin treningów mam gorszą formę, niż miałem na koniec zeszłego roku. Ten całokształt, czy też raczej – bezkształt – mojej obecnej formy, strasznie mnie wkurwia (wybaczcie, ale to jedyne właściwe słowo).

Dlatego nie napiszę Wam motywującego tekstu o tym, jak to był ciekawy rok i ile można osiągnąć, jak się uwierzy, że można. Nie roztoczę wizji, jak to za 9 miesięcy będę z łzami w oczach kończył okrążanie masywu Mount Blanc. Nie, cholera – nie mam moralnego prawa, po takie teksty kliknijcie do Krasusa, do Majora, do Run The World (trzymam kciuki za powrót do zdrowia).

Napiszę Wam za to, że nic tak nie motywuje jak wkurw na samego siebie. Dlatego dzisiaj – 31 grudnia – ruszę po robocie na 15K, dlatego za dwa dni wystartuję w rozpoczęciu sezonu górskich Biegów w Falenicy, a dzień później postaram się dobić na wybieganiu w Kampinosie. Dlatego pracując na IVp., idąc do pracy najpierw wchodzę na szesnaste. I na koniec – dlatego o tym wszystkim piszę: by samemu sobie, przy świadkach i bez ściemniania wprost powiedzieć.

Abramczuk – w roku 2015 dałeś ciała. Teraz masz zapierd***!

Czas ruszyć dupę.


Niemniej, poza tym wszystkim – dziękuję Wam, że swoją obecnością pozwoliliście mi zaistnieć jako bloger. Chociaż nadal czuję się małym Ziutkiem w biegowym świecie, to jednak ostatni sezon biegowy przyniósł kilka zmian.

Sezon biegowy 2015: odkryłem istnienie innych biegaczy

Sezon biegowy 2015: odkryłem istnienie innych biegaczy

Ktoś mnie rozpoznaje, ktoś zaprasza bym napisał tekst, czy wpadł do radia, ktoś oferuje swój świetny sprzęt. Wciąż mnie to zaskakuje i dziwi, ale no co – jeżeli chcecie mnie, to ja się tam kłócić nie będę – dziękuję!

[EPSB]100HRMAX.PL: Biegnie nowe [/EPSB]