100HRMAX.PL - BIEGACZ MA SPOSOBY

O bieganiu inaczej: sprzęt, jedzenie i fizjologia. Treningi, zawody masowe i biegi ultra. Ciekawe porady, szczere felietony i bezkompromisowe recenzje. Tutaj nie znajdziesz tekstów na zamówienie

Tagi: rzeźnik

Kontuzja przed zawodami - UTMB

Mam łeb twardy? Bo pusty!

Kiedy, pół roku temu, jarałem się kwalifikacją na UTMB, miałem z tyłu glowy tylko jedną obawę: co zrobię, jeżeli przed startem zaliczę kontuzję? No, już wiem co…

Czytaj dalej…

XIII Bieg Rzeźnika - relacja z zawodów

XIII Bieg Rzeźnika – relacja. Tasakiem przez łeb

Sobota, 10:00 rano. Jestem lekko śnięte zombie, niemniej udaje mi się załadować cielsko do autokaru jadącego z Radomia do Warszawy. Warkot silnika, szum klimatyzacji, mózg powoli zastyga…, zaraz, czy ja tutaj nie siedziałem 38 godziny temu…? Odjeżdżam…

Czytaj dalej…

Sprzęt na Bieg Rzeźnika - logistyka

XIII Bieg Rzeźnika. Zaplecze masakry

Z czym przebiec 80 kilometrów po Bieszczadach? Oto mój sprzęt na Bieg Rzeźnika. Co istotne, swój udział w biegu potwierdziłem na 24 godziny przed startem, więc ekwipunek był mocno improwizowany.

Czytaj dalej…

Odwołanie Biegu Rzeźnika i nowa trasa ultra. Dlaczego Rzeźnik przegrał?

Tajemnicze odwołanie Biegu Rzeźnika (*). Gdzie leży prawda?

Na pierwszy rzut oka historia jest banalna. Odwołanie Biegu Rzeźnika (a konkretnie brak zgody na jego trasę) następuje po tym, jak wicedyrektor Bieszczadzkiego Parku Narodowego zgłasza taki wniosek, a wiceminister Środowiska tenże wniosek podtrzymuje. Proste? Tylko z pozoru. Ponieważ, kiedy wejdziemy w sprawę głębiej staje się ona dużo mniej oczywista…

Czytaj dalej…

Ultra porady - debiut w ultra

Ultra porady dla opornych i upartych

Planujesz debiut w ultra? Chcesz się mordować godzinami po bezdrożach? Nie rekomenduję. Nie zniechęcam. Nie ostrzegam. Twoja sprawa. Niemniej napiszę Ci, co się u mnie sprawdziło – może, te ultra porady pomogą Ci ogarnąć własny debiut lepiej, niż zrobiłem to ja ze swoim. Co akurat nie jest znowu jakimś tam wielkim wyzwaniem…

Czytaj dalej…

utmb - #niemazesienieda

#niemazesienieda

Fajnie jest fantazjować, śnić na jawie i uciekać w świat marzeń. Ale co uczynisz, gdy staniesz twarzą w twarz ze swoją fantazją?

Czytaj dalej…

Biegiem na Łysicę

Rzeźnik 2015: Biegiem na Łysicę

Stało się! Wymiękłem i na cztery tygodnie przed moim podwójnym debiutem w górskim ultra (tak w górach, jak w ultra) postanowiłem jednak sprawdzić, jak to jest biegać w terenie bardziej nieco pofałdowanym niż warszawski podbieg na Agrykoli.

[Publikowane na blogu treści są prywatnymi opiniami autora. Jeżeli chcecie je stosować, robicie to na własną odpowiedzialność.]

Po kilku dniach debaty z moją rzeźniczą partnerką stanęło na tym, że niedzielny porankiem pomkniemy w Góry Świętokrzyskie, jako że jest to najbliższe stolicy miejsce, które może zaoferować wysokość 500m powyżej poziomu morza bez konieczności korzystania z windy, bądź areostatu.

Plan był prosty: ruszamy rano, biegniemy dwie (maksymalnie dwie i pół) godziny w jedną stronę, po czym wracamy po swoich śladach i staramy się na 18:00 wrócić do Warszawy.

Biegiem na Łysicę – drogą ku Świętokrzyskim

Oczywiście definicja poranku okazała się mocno względna. Dla zapracowanego ojca dwojga oznaczało to wyjazd o 4:00 rano, dla opiekującej się kotem singielki – ewentualnie o zabójczo wczesnej 8:00. Krakowskim targiem stanęło na tym, że ku górom wyruszymy chwilę po 6:00, jadąc kosmicznym wehikułem, którego zdjęcia nie śmiem publikować, ale spójrzcie na to, co zastałem na desce rozdzielczej (tak, byłem wybrańcem, który prowadził).

Bieganie / w drodze  na Łysicę

Bieganie / w drodze na Łysicę

Oswojenie się z machiną zajęło kilkanaście minut, po czym w ruszyliśmy ku przygodzie… i ku kilkunastu ulewom, czekającym na nas po drodze.

Niemiłe dobrego początki, czyli poznajcie kwarcyty

Na miejsce dotarliśmy chwilę przed 9:00, ja dumny z tego, że po raz kolejny poradziłem sobie bez ogłupiającej człowieka nawigacji, Dorota szczęśliwa, że samochód jej brata ma już połowę wyprawy za sobą i nadal jest w jednym kawałku,

Po szybkim ogarnięciu sprzętu (nic szczególnego, ale po 2l wody i 3 porcje jedzenia na osobę, plus oczywiście standard w postaci plastrów, piguł, termicznych okryć itp.) przekroczyliśmy Świętokrzyskiego Parku Narodowego (7.5zł od głowy) i ruszyliśmy wzdłuż czerwonego szlaku…

… by po 200 metrach trafić na podejście z kwarcytami (to to badziewie na obrazku poniżej).

Reasumując kolejne 45 minut: w Merrell Trail Glove 2 po mokrych i omszałych kwarcytach nie da się biegać, także chodzenie wychodzi średnio, bo każde stanięcie na ich ostrej krawędzi jest atakiem na stopę. Auć! Do bycia kozicą jeszcze mi ciut brakuje.

Świętokrzyskie kwarcyty - zło biegacza

Świętokrzyskie kwarcyty – zło biegacza

Niemniej w ciągu niecałej godziny ogarnęliśmy odcinek, na który według szlaku mieliśmy potrzebować godziny trzy. Wleźliśmy na Łysicę, zbiegliśmy z niej i wiejską drogą ruszyliśmy ku Łysej Górze i panującym nad nią klasztorowi Misjonarzy Oblatów.

7 kilometrów trasy było za nami.  Czas: 1 godzina

Cztery łapy, cztery łapy. A na łapach gość włochaty
#wkurw_team i pies

#wkurw_team i pies

Tak! Dostaliśmy psa! Dołączył do nas w Kakoninie i dzielnie towarzyszył prze kolejne bez mała 25 kilometrów. Na początku czułem dystans do futrzaka (i słusznie, bo śmierdział jak cholera). Na koniec psiak śmierdział dalej, ale już się oswoiliśmy i toczyliśmy długie debaty o życiu i pogodzie, a zwierzę całkiem okazało się całkiem dobrym przewodnikiem i zającem podczas trudniejszych podejść. W chwilach kiedy czułem, że za dużo nawijam Dorocie, odbijałem trochę do przodu i wypytywałem czworonoga o miejscowe ploty.

biegiem na Łysicę – spływem z Łysej Góry
Prawdziwy ultras w czasie burzy się nawodnia

Prawdziwy ultras w czasie burzy się nawodnia

Psiak skakał, czas mijał, deszcz padał. Mocniej i mocniej. Odcinek pomiędzy 10-tym, a 15-tym kilometrem to droga w strumieniach wody, tak spadających z nieba, jak płynących po ścieżkach. Zimno, mokro, szaro i buro. Oraz ślisko. Ale napieraliśmy! Napieraliśmy, by po dwóch godzinach biegu stanąć na szczycie sąsiedniej Łysej Góry…

Tam zaproponowałem Dorocie przepak i regenerację w postaci gorącej herbaty. Ta odmówiła, argumentując (w sumie słusznie), że jak usiądziemy, to ze wstaniem możemy mieć znaczące problemy i będzie kicha. Zatem chlapiąc przemoczonymi butami ruszyliśmy w drogę powrotną.

16 kilometrów trasy za nami. . Czas: 2 godziny

Dożynki i inne przyjemności
Jak ja mam wszędzie daleko...

Biegiem na Łysicę – jak tu jest wszędzie daleko…

Z powrotem było tak samo, jak na początku, ale BARDZIEJ.

  • Bardziej ślisko
  • Bardziej mokro
  • Bardziej bolały pośladki
  • Bardziej chciało się dobiec

… i trochę chciało się nieco odpuścić.

Dorota testowała kijki, ja tempo wchodzenia bez biegu. Krok za krokiem, minuta za minutą – zdobyliśmy ponownie Łysicę i niedługo później, cztery godziny od startu, zakończyliśmy pętlę z 32K na liczniku.

Z ciekawych epizodów w drodze powrotnej mogę wskazać na znalezienie w środku niczego… banana. Niby nic, ale w tym miejscu wyglądał absurdalnie. Prawdopodobnie zgubiła go druga ekipa, która tego dnia też robiła tutaj trening pod Rzeźnika. Tak, gdyż była jeszcze jedna para (męska), która robiła tą samą trasę w tym samym celu co my, biegnąc w drugą stroną. Po rozmowie z nimi pomyślałem sobie, że w sumie wolę spotkać dwóch biegaczy na 2 godziny i porozmawiać z nimi, niż co 30 sekund podnosić dłoń, by kogoś pozdrowić na trasie w mieście…

32 kilometry za nami. Czas: 4 godziny

Kontuzje: brak

Woda na osobę: po 2 litry

Jedzenie: Ja dwa batony (orzech + kakao + żurawina), Dorota: własnoręcznie robione ciastka z chia (mniam). Pies: trasa o suchym pysku, na mecie kabanosy Doroty i torba mięsnych ścinek, które wyniosłem dla niego ze sklepu.

Sprzęt: Nie wiem w sumie po co brałem coś na deszcz, skoro i tak wolałem zmoknąć, lecz się nie spocić – do przemyślenia podczas pakowania się na Rzeźnika. Do przemyślenia także w czym pobiec, bo MTG2 jednak chyba nie (muszę zbadać co w Bieszczadach dominuje na ziemi). Na tapecie mam jeszcze Inov-8 235 Trailroc, sprawdzę przy najbliższej okazji.

biegiem na Łysicę – podsumowanie

DOBRZE BYŁO!

Zero kontuzji, średnie zmęczenie, a czas mija dużo szybciej niż w mieście. Co prawda trochę czasu zajęło mi oswojenie się z faktem, że w tym terenie kilometr w 5:00 to bardzo szybko już jest, ale pod koniec trasy mózg się przestawił i zacząłem doceniać nawet tempo 7:00 – 7:30.

Zastanawia mnie też moje odkrycie, że mocno napierając idąc (nie biegnąc!) robię kilometr w tempie poniżej 9:30 co oznacza zmieszczenie się w 12 godzinach podczas Rzeźnika. A i średnie tętno 114 uderzeń na minutę jest także interesujące (moje, bo u Doroty trzymało się powyżej 160-ciu – też ciekawe).

#wkurw_team biegnie na Łysicę

#wkurw_team biegnie na Łysicę

Sprzęt do biegania w górach

Samochód biegacza – ten typ tak ma

Teraz powtórka tego samego na dystansie 50K i sumą przewyższeń ponad 1000m, a potem… Rzeźnik!

 
[EPSB]Zobacz też: Zostałem Rzeźnikiem![/EPSB] Log z biegu – zapis wyprawy na Łysicę i Łysą górę na Endomondo.com

Runmageddon - opis i porady

Runmageddon – 100HRmax próbuje napierać na placu zabaw

Zrobiłem to. Nakłoniony przez kobietę (klasyka), wbrew sobie (standard) wystartowałem w biegu, który okazał się nie być biegiem (zdziwienie). Bawiłem się tam, gdzie miałem cierpieć. Cierpiałem tam, gdzie był już koniec. Do domu wróciłem ze spektakularnie rozwalonym nosem. Oto garść porad, jak tego uniknąć (bądź nie).

[Publikowane na blogu treści są prywatnymi opiniami autora. Jeżeli chcecie je stosować, robicie to na własną odpowiedzialność. Wpis w wersji pierwotnej opublikowany na moim blogu na PolskaBiega]

Pierwszą zasadą Podziemnego Kręgu jest: nie rozmawiacie o Podziemnym Kręgu.

– o Runmageddonie też nie!

No, chyba że pierwszą zasadę złamiemy. Wtedy, zanim mnie ktoś ukamienuje, zdradzę Wam kilka sekretów.

 Po pierwsze: Runmageddon to dziwne zawody…

Runmageddon - baza

Runmageddon - przed startem

Nie spodziewajcie się biegowych wyjadaczy i silnej ekipy z Czarnego Lądu. Ani profesjonalnego pomiaru czasu (chipy są odbijane… w momencie wejścia do strefy startowej). Za to możecie być pewni, że zobaczycie dużo świetnie zbudowanych (mój gust) dziewczyn oraz facetów zajmujących się w wolnym czasie sportami walki, bądź też praktykującymi walki pod stadionami. Podczas rewii pseudo biegowej mody startujących, z głośników na starcie poleci Lana Del Rey i Nirvana, zaś na mecie dostaniecie puszkę z BCAA i herbatę z whisky (o ile nie odmówicie wkładki). Oto RUNMAGEDDONFIGHT!

 

Po drugie: Runmageddon wymaga dedykowanego sprzętu

Pamiętajcie, że wbrew temu co można wyczytać z materiałów reklamowych bieganie ma tu minimalne znaczenie. Potrzebujecie butów, które pozwolą się wspinać, rękawic, które ochronią Wasze dłonie przed ostrymi krawędziami i drutem kolczastym, a także ciuchów, które bez bólu przeznaczycie na przemiał (i wszystko ma przylegać do ciała, bo drut kolczasty!). Możliwe, że na dystansach 15 czy 20 km aspekt biegania jest wyraźniej uwypuklony, tu – na służewieckim polu wyścigów konnych – nie było tego czuć.

 

Po trzecie: Runamgeddon jest… łatwy

Albo – przynajmniej łatwym dla Was powinien być. Jeżeli umiecie podciągać się, wspinać po linie, skakać, czołgać i targać przeciętnej wagi ciężary, to nie spotka Was nic, co przekroczy Wasze możliwości. Może poza ostatnią ścianką, która ma ponad 3 metry i nie da się wejść na nią bez wsparcia kogoś trzeciego. W tym miejscu warto podkreślić, że Runmageddon jest dedykowany do zabawy w zespole. Biegnąc samotnie jesteście skazani na łaskę i pomoc innych zawodników – jeżeli macie dwuosobowy (najlepiej trzyosobowy) zespół – nic nie stanie Wam na przeszkodzie. Dlaczego akurat trzy osoby? By nie czekać na żadnej z przeszkód na pozostałych członków ekipy i naaaapierać. Niemniej, jeżeli jakaś przeszkoda jednak Was przerośnie to, 30 burpressów daje prawo do jej ominięcia dalej. Po fakcie też przyszło mi też do głowy, że start z linką i kotwiczką umożliwiłby zrobienie trasy ekspresem i to samemu. Możecie sprawdzić.

 

Po czwarte: Runmageddon to dobra zabawa dla niedoszłych komandosów, ale kaszana dla biegaczy

Dokładnie. Biegowe odcinki po paręset metrów praktycznie nie mają znaczenia. Chyba, że uda się Wam lecieć w pierwszej trójce i dzięki temu nie będziecie czekali w kolejkach do kolejnych atrakcji na trasie. Sam startowałem z partnerką, która drugi raz w tym stuleciu biegła coś w okolicach 5 kilometrów i nie miała żadnego doświadczenia w zawodach, za to jest mocna w CrossFit. Taka kombinacja pozwoliła nam zająć 15 miejsce jako para (a to i tak przez kretyński błąd, gdyż jedna z przeszkód polegała na… dodawaniu trzycyfrowych liczb i w pośpiechu się rąbnęliśmy dostając w efekcie karne kółeczko na 10 min). Zamiast dobrego czasu na 200/400m bardziej przydatna była siła w łapach (przede wszystkim) i brak blokad przed utytłaniem się w błocie, wodzie, oleju. Wiele z przeszkód jako jedyny cel ma za zadanie ubrudzić nas i sponiewierać by było bardziej hardcorowo i ładniej na fotkach, którymi będziemy się chwalić, pokazując jakie to z nas kozaki.

 

Po piąte: Uważajcie, bo o kretyńską kontuzję łatwiej niż gdziekolwiek indziej

Rzeczy oczywiste: możecie zwichnąć kostkę, złamać nogę, czy rozciąć rękę. Niemniej możecie też zaliczyć coś mniej spodziewanego, podsadzając zawodnika dostać kolanem w twarzy, pomagając nieznajomej zawodniczce zejść z wysokiej ściany przyjąć uderzeniem łokciem w nasadę nosa. Spektakularny wizualny efekt gwarantowany. Dlatego do samej mety powinniście się pilnować, by bzdura taka jak ta nie podsumowała Waszego startu. Chyba, że lubicie krwawe zdjęcia i podziw rodziny. W ten kontekst dobrze się też wpisuje otrzymywana na mecie chusta finishera.

 

Po szóste: Impreza na jeden raz?

Warto wystartować, sprawdzić się, pokazać fotki znajomym i wrócić do sensowniejszych zajęć. Natomiast nie widzę sensu w płaceniu po raz kolejny min. 150zł (!) za kolejną okazję do czołgania się błocie i wspinania po linach. Ani to szczególnie trudne, ani wybitnie zabawne. Chyba… chyba, że macie mocną ekipę, którą to kręci i która nie ma z sobą co robić w sobotni poranek. Wtedy bawcie się dobrze, przecież to w sumie jest taki większy plac zabaw dla nieco starszych dzieci. No ale… nazwa RUNMAGEDDON brzmi znacznie lepiej.

Runmageddon - piekło dla biegaczy?

Akurat. Piekło się upiekło.

 

Aha, jeżeli macie za dużo pieniędzy to na miejscu zawodów czekają na was rękawiczki, chusty, czapki, koszulki, bluzy, kalendarze (!) …, wszystko co potrzebuje twardziel(ka) do pokreślenia, że było ostro i że jest zwycięzcą.

 

Zaś potem…, potem to już kolejny poziom wtajemniczenia. To samo, ale z zamkniętymi oczami.

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén