100HRMAX.PL - BIEGACZ MA SPOSOBY

O bieganiu inaczej: sprzęt, jedzenie i fizjologia. Treningi, zawody masowe i biegi ultra. Ciekawe porady, szczere felietony i bezkompromisowe recenzje. Tutaj nie znajdziesz tekstów na zamówienie

Tagi: wkurw_team

Bieg Rzeźnika 2015

Bieg Rzeźnika: Debiut w Ultra

Pół dnia na wkurwie – tak miał nazywać się ten wpis. Ale to już nieaktualne. Ani pół dnia (ponieważ niemalże 13 godzin), ani na wkurwie, jako że przetoczyło się po mnie wiele innych stanów emocjonalnych. A było to tak…

Czytaj dalej…

Jak szybko można chodzić

Jak szybko można chodzić? Bardzo szybko

Podczas przygotowań do Biegu Rzeźnika, doszedłem do wniosku, że nie ważne ile razy wyskoczę w góry – ze względu na mieszkanie na nizinach i braki czasowo/wagowe i tak bardzo nie podkręcę swojego górskiego tempa. Natomiast mogę popracować nad tempem chodu i sprawdzić jak szybko mogę chodzić, kiedy będę naprawdę naciskał. Rezultat kilku(nastu?) treningów przerósł moje oczekiwania…

[Publikowane na blogu treści są prywatnymi opiniami autora. Jeżeli chcecie je stosować, robicie to na własną odpowiedzialność.]

Jak szybko można chodzić – bardzo szybko

Oczywiście nie chcę Wam tu sugrować, że następny maraton zrobię marszem i niczym Robert Korzeniowski połamię trzy godziny idąc, ale fakt faktem że w chwilach zwątpienia w bieg intensywny chód może być ratunkiem – zwłaszcza, jeżeli zaczyna nam coś siadać z powodu obciążeń, które podczas biegania są dużo większe niż podczas chodzenia (kiedy zawsze mamy jedną stopę na ziemi i automatycznie drugą słabiej walimy o glebę).

W każdym razie jestem pod wrażeniem wyników tego eksperymentu.

Szczytniak - górskie bieganie w Górach Świętokrzyskich

Rzeźnik 2015: Szczytniak staje okoniem

Na trzy tygodnie przed biegiem Rzeźnika po raz drugi zawitaliśmy w górach. Tym razem naszym celem był świętokrzyski masyw szczytu Szczytniak, którego zakrzaczone zobcza wznoszą się na południowy-wschód od Nowej Słupi.

[Publikowane na blogu treści są prywatnymi opiniami autora. Jeżeli chcecie je stosować, robicie to na własną odpowiedzialność.]

Szczytniak – drugie podejście do biegania w górach

Tym razem do naszej pary #wkurw_team dołączyła Paulina i Adam. Oboje z większym od naszego doświadczeniem górskim i także startujący jako mieszany zespół w tegorocznym Biegu Rzeźnika. Jako punkt zbiórki ustaliliśmy parking popularnej sieci stacji paliw na przedpolu Nowej Słupi. My z Warszawy, Paulina z Dęblina – zjechaliśmy się z godną podziwu punktualnością na 10 minut przed planowanym startem. Szybka zmiana ciuchów i chwilę po 9:00 ruszyliśmy w trasę, mając za nic zacinający deszcz i szaro-bure niebo siekane zimnym wiatrem (OK, oni pogodę mieli za nic, ja miałem za to krótki rękaw).

Góry Świętokrzyskie - przez pole

Góry Świętokrzyskie – przez pole

Szczytniak - ciemno i mokro

Szczytniak – ciemno i mokro

szczytniak – przez krzaczory

Dobiegłszy do podstawy Szczytniaka odkryliśmy, że nie ma tu dróg zaznaczonych na mapach, które studiowałem online. Bądź też były, ale gdzieś obok… W każdym razie nie pozostało nic innego, jak zacisnąć zęby i prowokacyjnie rzucić się w objęcie pokrzyw, paproci… kleszczy. Oraz strumczyków i dzików chrząkających po krzakach. To dla mnie bolesna i wstydliwa nauka – nauczenie się na pamięć trasy na podstawie wyklikanych punktów w Runkeeperze, to trochę za mało, kiedy się leci w góry.

Świętokrzyskie strumienie

Świętokrzyskie strumienie

Kłuło, drapało i wkur denerwowało. Ale ostatecznie się dało. Po kilkuset metrach podejścia dotarliśmy do cywilzacji o ile można tak określić szlak wyryty kołami ciągników używanych do wywózki drewna. Zrobiło się zdecydowanie sympatyczniej, nawet jakieś słońce próbowało udawać, że już mamy połowę maja. Nic tylko iść na majówkę.

Las w górach świętokrzyskich

Las w górach świętokrzyskich

Jesteśmy gdzieś w górach…

Niemniej ścieżka wciąż pięknie się wiła i kluczyła (mapka na dole), tak że nie raz i nie razy dwa musieliśmy zatrzymać się, co by ogarnąć kierunki geograficzne… oraz dwa razy zrobić to samo wzniesienie, bo tak nas zakręciło, że zbiegliśmy na szlak, którym podchodziliśmy.

Ćwiczenie z orientacji w górach

Ćwiczenie z orientacji w górach

Jesteśmy nadal gdzieś w górach, ale tu jest wyżej!

… aż ostatecznie – udało się! Pierwszy z czterech zaplanowanych szczytów był u naszych stóp (i to dosłownie). Niestety zajęło to nie planowane 10 kilometrów, a niemalże 20, w związku z tym atak na kolejne dwa wzniesienia był raczej poza zasięgiem naszych założeń, nikt dziś nie planował robić ultra. W związku z tym postanowiliśmy wrócić ku okolicznym wioskom.

Na Szczycie

Na Szczycie. Autorka zdjęcia: Paulina

Ku dolinom…

… po drodze pokonując kolejne przeszkody terenowe (krzaki, zwalone drzewa, gruzowiska, strumienie), mentalne (nie, ja mam dość, a może jednak piknik?), oraz losowe (w postaci wykręconej kostki Dori).

Strumienie w górach

Strumienie w górach

Aż stało się, to co miało się stać i dzielnie utrzymując kierunek “do dołu” ostatecznie stanęliśmy u podnóża wzniesenia, widząc hen na horyzoncie masyw Łysicy, pod którą czekały nasze samochody. Jeszcze 10 kilometrów.

Łysica na horyzoncie

Łysica na horyzoncie

Klasztor na horyzoncie

Klasztor na horyzoncie

33 kilometry później, najlepszy krawężnik na świecie

… jeszcze kilka agresywnych psów w obejściach, jeszcze parę mijających nas wioskowych głupków w swoich super samochodach (nie ma jak drzeć ryja do przebierańców), jeszcze nieco zawirowań nawigacyjnych i kondycyjnych i ostatecznie zrobiliśmy 33 kilometry i prawie 1200 metrów przewyższenia. Owszem, plan był na kilometrów 45, ale kto by o tym myślał uzupełniając płyny i kalorie na nasłonecznionym krawężniku stacji benzynowej. Niemalże sielanka. Tylko szkoda, że do domu jeszcze 200 kilometrów, a ekipa już bezczelnie uzupełnia braki chmielem (prowadziłem)

Rest na parkingu

Rest na parkingu

całkiem mocno było…

– choć słabiej niż w planie. To wybieganie było zdecydowanie trudniejsze od debiutu w zeszłym tygodniu. Może zbyt mało regeneracji, może zbyt dużo krzaków, a może coś innego. W każdym razie pomimo nie zrobienia pełnej trasy nie miałem ochoty na wykorzystanie godziny, która nam pozostała na kolejne podbiegi. Wystarczyło mi to.

Mapa wybiegania

Mapa wybiegania

Teraz już widzimy się na Rzeźniku.

Góry Świętokrzyskie

Góry Świętokrzyskie / popas przy wodopoju. Autorka zdjęcia: Paulina

Sprzęt na wybieganiu, co istotniejsze:

– oczywiście skoro zmieniłem buty na model na kamienie, to biegliśmy głównie po błocie…

– cena średnia, zawartość super.

    • 1.5l wody w bukłaku

– wyszła po 3 godzinach.

Biegiem na Łysicę

Rzeźnik 2015: Biegiem na Łysicę

Stało się! Wymiękłem i na cztery tygodnie przed moim podwójnym debiutem w górskim ultra (tak w górach, jak w ultra) postanowiłem jednak sprawdzić, jak to jest biegać w terenie bardziej nieco pofałdowanym niż warszawski podbieg na Agrykoli.

[Publikowane na blogu treści są prywatnymi opiniami autora. Jeżeli chcecie je stosować, robicie to na własną odpowiedzialność.]

Po kilku dniach debaty z moją rzeźniczą partnerką stanęło na tym, że niedzielny porankiem pomkniemy w Góry Świętokrzyskie, jako że jest to najbliższe stolicy miejsce, które może zaoferować wysokość 500m powyżej poziomu morza bez konieczności korzystania z windy, bądź areostatu.

Plan był prosty: ruszamy rano, biegniemy dwie (maksymalnie dwie i pół) godziny w jedną stronę, po czym wracamy po swoich śladach i staramy się na 18:00 wrócić do Warszawy.

Biegiem na Łysicę – drogą ku Świętokrzyskim

Oczywiście definicja poranku okazała się mocno względna. Dla zapracowanego ojca dwojga oznaczało to wyjazd o 4:00 rano, dla opiekującej się kotem singielki – ewentualnie o zabójczo wczesnej 8:00. Krakowskim targiem stanęło na tym, że ku górom wyruszymy chwilę po 6:00, jadąc kosmicznym wehikułem, którego zdjęcia nie śmiem publikować, ale spójrzcie na to, co zastałem na desce rozdzielczej (tak, byłem wybrańcem, który prowadził).

Bieganie / w drodze  na Łysicę

Bieganie / w drodze na Łysicę

Oswojenie się z machiną zajęło kilkanaście minut, po czym w ruszyliśmy ku przygodzie… i ku kilkunastu ulewom, czekającym na nas po drodze.

Niemiłe dobrego początki, czyli poznajcie kwarcyty

Na miejsce dotarliśmy chwilę przed 9:00, ja dumny z tego, że po raz kolejny poradziłem sobie bez ogłupiającej człowieka nawigacji, Dorota szczęśliwa, że samochód jej brata ma już połowę wyprawy za sobą i nadal jest w jednym kawałku,

Po szybkim ogarnięciu sprzętu (nic szczególnego, ale po 2l wody i 3 porcje jedzenia na osobę, plus oczywiście standard w postaci plastrów, piguł, termicznych okryć itp.) przekroczyliśmy Świętokrzyskiego Parku Narodowego (7.5zł od głowy) i ruszyliśmy wzdłuż czerwonego szlaku…

… by po 200 metrach trafić na podejście z kwarcytami (to to badziewie na obrazku poniżej).

Reasumując kolejne 45 minut: w Merrell Trail Glove 2 po mokrych i omszałych kwarcytach nie da się biegać, także chodzenie wychodzi średnio, bo każde stanięcie na ich ostrej krawędzi jest atakiem na stopę. Auć! Do bycia kozicą jeszcze mi ciut brakuje.

Świętokrzyskie kwarcyty - zło biegacza

Świętokrzyskie kwarcyty – zło biegacza

Niemniej w ciągu niecałej godziny ogarnęliśmy odcinek, na który według szlaku mieliśmy potrzebować godziny trzy. Wleźliśmy na Łysicę, zbiegliśmy z niej i wiejską drogą ruszyliśmy ku Łysej Górze i panującym nad nią klasztorowi Misjonarzy Oblatów.

7 kilometrów trasy było za nami.  Czas: 1 godzina

Cztery łapy, cztery łapy. A na łapach gość włochaty
#wkurw_team i pies

#wkurw_team i pies

Tak! Dostaliśmy psa! Dołączył do nas w Kakoninie i dzielnie towarzyszył prze kolejne bez mała 25 kilometrów. Na początku czułem dystans do futrzaka (i słusznie, bo śmierdział jak cholera). Na koniec psiak śmierdział dalej, ale już się oswoiliśmy i toczyliśmy długie debaty o życiu i pogodzie, a zwierzę całkiem okazało się całkiem dobrym przewodnikiem i zającem podczas trudniejszych podejść. W chwilach kiedy czułem, że za dużo nawijam Dorocie, odbijałem trochę do przodu i wypytywałem czworonoga o miejscowe ploty.

biegiem na Łysicę – spływem z Łysej Góry
Prawdziwy ultras w czasie burzy się nawodnia

Prawdziwy ultras w czasie burzy się nawodnia

Psiak skakał, czas mijał, deszcz padał. Mocniej i mocniej. Odcinek pomiędzy 10-tym, a 15-tym kilometrem to droga w strumieniach wody, tak spadających z nieba, jak płynących po ścieżkach. Zimno, mokro, szaro i buro. Oraz ślisko. Ale napieraliśmy! Napieraliśmy, by po dwóch godzinach biegu stanąć na szczycie sąsiedniej Łysej Góry…

Tam zaproponowałem Dorocie przepak i regenerację w postaci gorącej herbaty. Ta odmówiła, argumentując (w sumie słusznie), że jak usiądziemy, to ze wstaniem możemy mieć znaczące problemy i będzie kicha. Zatem chlapiąc przemoczonymi butami ruszyliśmy w drogę powrotną.

16 kilometrów trasy za nami. . Czas: 2 godziny

Dożynki i inne przyjemności
Jak ja mam wszędzie daleko...

Biegiem na Łysicę – jak tu jest wszędzie daleko…

Z powrotem było tak samo, jak na początku, ale BARDZIEJ.

  • Bardziej ślisko
  • Bardziej mokro
  • Bardziej bolały pośladki
  • Bardziej chciało się dobiec

… i trochę chciało się nieco odpuścić.

Dorota testowała kijki, ja tempo wchodzenia bez biegu. Krok za krokiem, minuta za minutą – zdobyliśmy ponownie Łysicę i niedługo później, cztery godziny od startu, zakończyliśmy pętlę z 32K na liczniku.

Z ciekawych epizodów w drodze powrotnej mogę wskazać na znalezienie w środku niczego… banana. Niby nic, ale w tym miejscu wyglądał absurdalnie. Prawdopodobnie zgubiła go druga ekipa, która tego dnia też robiła tutaj trening pod Rzeźnika. Tak, gdyż była jeszcze jedna para (męska), która robiła tą samą trasę w tym samym celu co my, biegnąc w drugą stroną. Po rozmowie z nimi pomyślałem sobie, że w sumie wolę spotkać dwóch biegaczy na 2 godziny i porozmawiać z nimi, niż co 30 sekund podnosić dłoń, by kogoś pozdrowić na trasie w mieście…

32 kilometry za nami. Czas: 4 godziny

Kontuzje: brak

Woda na osobę: po 2 litry

Jedzenie: Ja dwa batony (orzech + kakao + żurawina), Dorota: własnoręcznie robione ciastka z chia (mniam). Pies: trasa o suchym pysku, na mecie kabanosy Doroty i torba mięsnych ścinek, które wyniosłem dla niego ze sklepu.

Sprzęt: Nie wiem w sumie po co brałem coś na deszcz, skoro i tak wolałem zmoknąć, lecz się nie spocić – do przemyślenia podczas pakowania się na Rzeźnika. Do przemyślenia także w czym pobiec, bo MTG2 jednak chyba nie (muszę zbadać co w Bieszczadach dominuje na ziemi). Na tapecie mam jeszcze Inov-8 235 Trailroc, sprawdzę przy najbliższej okazji.

biegiem na Łysicę – podsumowanie

DOBRZE BYŁO!

Zero kontuzji, średnie zmęczenie, a czas mija dużo szybciej niż w mieście. Co prawda trochę czasu zajęło mi oswojenie się z faktem, że w tym terenie kilometr w 5:00 to bardzo szybko już jest, ale pod koniec trasy mózg się przestawił i zacząłem doceniać nawet tempo 7:00 – 7:30.

Zastanawia mnie też moje odkrycie, że mocno napierając idąc (nie biegnąc!) robię kilometr w tempie poniżej 9:30 co oznacza zmieszczenie się w 12 godzinach podczas Rzeźnika. A i średnie tętno 114 uderzeń na minutę jest także interesujące (moje, bo u Doroty trzymało się powyżej 160-ciu – też ciekawe).

#wkurw_team biegnie na Łysicę

#wkurw_team biegnie na Łysicę

Sprzęt do biegania w górach

Samochód biegacza – ten typ tak ma

Teraz powtórka tego samego na dystansie 50K i sumą przewyższeń ponad 1000m, a potem… Rzeźnik!

 
[EPSB]Zobacz też: Zostałem Rzeźnikiem![/EPSB] Log z biegu – zapis wyprawy na Łysicę i Łysą górę na Endomondo.com

Konkurs #wkurw_team BBMLW rebelrunners.club

Thiiiiiis is KONKURS! #wkurw_team

– czyli, tu i teraz można zgarnąć koszulkę REBELRUNNERS.CLUB oraz kubasek BBMLW!

Czytaj dalej…

Biegi górskie w Warszawie

Ultra-Trejl du Warsowie – zdobywamy biegiem góry w Warszawie – 100HRmax napiera

Długodystansowe biegi górskie w Warszawie? Dlaczego nie! Kilkunastu odważnych biegaczy płci obojga rzuciło wyzwanie deszczowej pogodzie, odjechanej trasie i porannej pobudce w 7:00 rano niedzielę. Ultra-Trail du Varsovie (czy też Ultra-Trejl du Warsowie) przejdzie do historii jako wydarzenie jedyne w swoim rodzaju. Niepowtarzalne i legendarne. Poczytajcie sami…

Czytaj dalej…

Runmageddon - opis i porady

Runmageddon – 100HRmax próbuje napierać na placu zabaw

Zrobiłem to. Nakłoniony przez kobietę (klasyka), wbrew sobie (standard) wystartowałem w biegu, który okazał się nie być biegiem (zdziwienie). Bawiłem się tam, gdzie miałem cierpieć. Cierpiałem tam, gdzie był już koniec. Do domu wróciłem ze spektakularnie rozwalonym nosem. Oto garść porad, jak tego uniknąć (bądź nie).

[Publikowane na blogu treści są prywatnymi opiniami autora. Jeżeli chcecie je stosować, robicie to na własną odpowiedzialność. Wpis w wersji pierwotnej opublikowany na moim blogu na PolskaBiega]

Pierwszą zasadą Podziemnego Kręgu jest: nie rozmawiacie o Podziemnym Kręgu.

– o Runmageddonie też nie!

No, chyba że pierwszą zasadę złamiemy. Wtedy, zanim mnie ktoś ukamienuje, zdradzę Wam kilka sekretów.

 Po pierwsze: Runmageddon to dziwne zawody…

Runmageddon - baza

Runmageddon - przed startem

Nie spodziewajcie się biegowych wyjadaczy i silnej ekipy z Czarnego Lądu. Ani profesjonalnego pomiaru czasu (chipy są odbijane… w momencie wejścia do strefy startowej). Za to możecie być pewni, że zobaczycie dużo świetnie zbudowanych (mój gust) dziewczyn oraz facetów zajmujących się w wolnym czasie sportami walki, bądź też praktykującymi walki pod stadionami. Podczas rewii pseudo biegowej mody startujących, z głośników na starcie poleci Lana Del Rey i Nirvana, zaś na mecie dostaniecie puszkę z BCAA i herbatę z whisky (o ile nie odmówicie wkładki). Oto RUNMAGEDDONFIGHT!

 

Po drugie: Runmageddon wymaga dedykowanego sprzętu

Pamiętajcie, że wbrew temu co można wyczytać z materiałów reklamowych bieganie ma tu minimalne znaczenie. Potrzebujecie butów, które pozwolą się wspinać, rękawic, które ochronią Wasze dłonie przed ostrymi krawędziami i drutem kolczastym, a także ciuchów, które bez bólu przeznaczycie na przemiał (i wszystko ma przylegać do ciała, bo drut kolczasty!). Możliwe, że na dystansach 15 czy 20 km aspekt biegania jest wyraźniej uwypuklony, tu – na służewieckim polu wyścigów konnych – nie było tego czuć.

 

Po trzecie: Runamgeddon jest… łatwy

Albo – przynajmniej łatwym dla Was powinien być. Jeżeli umiecie podciągać się, wspinać po linie, skakać, czołgać i targać przeciętnej wagi ciężary, to nie spotka Was nic, co przekroczy Wasze możliwości. Może poza ostatnią ścianką, która ma ponad 3 metry i nie da się wejść na nią bez wsparcia kogoś trzeciego. W tym miejscu warto podkreślić, że Runmageddon jest dedykowany do zabawy w zespole. Biegnąc samotnie jesteście skazani na łaskę i pomoc innych zawodników – jeżeli macie dwuosobowy (najlepiej trzyosobowy) zespół – nic nie stanie Wam na przeszkodzie. Dlaczego akurat trzy osoby? By nie czekać na żadnej z przeszkód na pozostałych członków ekipy i naaaapierać. Niemniej, jeżeli jakaś przeszkoda jednak Was przerośnie to, 30 burpressów daje prawo do jej ominięcia dalej. Po fakcie też przyszło mi też do głowy, że start z linką i kotwiczką umożliwiłby zrobienie trasy ekspresem i to samemu. Możecie sprawdzić.

 

Po czwarte: Runmageddon to dobra zabawa dla niedoszłych komandosów, ale kaszana dla biegaczy

Dokładnie. Biegowe odcinki po paręset metrów praktycznie nie mają znaczenia. Chyba, że uda się Wam lecieć w pierwszej trójce i dzięki temu nie będziecie czekali w kolejkach do kolejnych atrakcji na trasie. Sam startowałem z partnerką, która drugi raz w tym stuleciu biegła coś w okolicach 5 kilometrów i nie miała żadnego doświadczenia w zawodach, za to jest mocna w CrossFit. Taka kombinacja pozwoliła nam zająć 15 miejsce jako para (a to i tak przez kretyński błąd, gdyż jedna z przeszkód polegała na… dodawaniu trzycyfrowych liczb i w pośpiechu się rąbnęliśmy dostając w efekcie karne kółeczko na 10 min). Zamiast dobrego czasu na 200/400m bardziej przydatna była siła w łapach (przede wszystkim) i brak blokad przed utytłaniem się w błocie, wodzie, oleju. Wiele z przeszkód jako jedyny cel ma za zadanie ubrudzić nas i sponiewierać by było bardziej hardcorowo i ładniej na fotkach, którymi będziemy się chwalić, pokazując jakie to z nas kozaki.

 

Po piąte: Uważajcie, bo o kretyńską kontuzję łatwiej niż gdziekolwiek indziej

Rzeczy oczywiste: możecie zwichnąć kostkę, złamać nogę, czy rozciąć rękę. Niemniej możecie też zaliczyć coś mniej spodziewanego, podsadzając zawodnika dostać kolanem w twarzy, pomagając nieznajomej zawodniczce zejść z wysokiej ściany przyjąć uderzeniem łokciem w nasadę nosa. Spektakularny wizualny efekt gwarantowany. Dlatego do samej mety powinniście się pilnować, by bzdura taka jak ta nie podsumowała Waszego startu. Chyba, że lubicie krwawe zdjęcia i podziw rodziny. W ten kontekst dobrze się też wpisuje otrzymywana na mecie chusta finishera.

 

Po szóste: Impreza na jeden raz?

Warto wystartować, sprawdzić się, pokazać fotki znajomym i wrócić do sensowniejszych zajęć. Natomiast nie widzę sensu w płaceniu po raz kolejny min. 150zł (!) za kolejną okazję do czołgania się błocie i wspinania po linach. Ani to szczególnie trudne, ani wybitnie zabawne. Chyba… chyba, że macie mocną ekipę, którą to kręci i która nie ma z sobą co robić w sobotni poranek. Wtedy bawcie się dobrze, przecież to w sumie jest taki większy plac zabaw dla nieco starszych dzieci. No ale… nazwa RUNMAGEDDON brzmi znacznie lepiej.

Runmageddon - piekło dla biegaczy?

Akurat. Piekło się upiekło.

 

Aha, jeżeli macie za dużo pieniędzy to na miejscu zawodów czekają na was rękawiczki, chusty, czapki, koszulki, bluzy, kalendarze (!) …, wszystko co potrzebuje twardziel(ka) do pokreślenia, że było ostro i że jest zwycięzcą.

 

Zaś potem…, potem to już kolejny poziom wtajemniczenia. To samo, ale z zamkniętymi oczami.

Powered by WordPress & Theme by Anders Norén