Długodystansowe biegi górskie w Warszawie? Dlaczego nie! Kilkunastu odważnych biegaczy płci obojga rzuciło wyzwanie deszczowej pogodzie, odjechanej trasie i porannej pobudce w 7:00 rano niedzielę. Ultra-Trail du Varsovie (czy też Ultra-Trejl du Warsowie) przejdzie do historii jako wydarzenie jedyne w swoim rodzaju. Niepowtarzalne i legendarne. Poczytajcie sami…

[Publikowane na blogu treści są prywatnymi opiniami autora. Jeżeli chcecie je stosować, robicie to na własną odpowiedzialność.]

W głowie Avy z Do przodu i w górę (drużyna Smashing Pąpkins) powstał pomysł by zdobyć najwyższe wzniesienia Warszawy. Wszystkie miały zostać zaliczone podczas jednego wybiegania i bez żadnych przestojów poza przepakami na szczytach. W końcu ultra-trail zobowiązuje…

Razem z Dori (#wkurw_team) uznaliśmy, że taki trening to akurat to czego potrzebujemy pod Rzeźnika. Oto lekki, sympatyczny akcent na koniec tygodnia, w którym ona zrobiła życiówkę na 5K, a ja w biegu na 37-me piętro ścigałem się z mistrzem świata…

Zbiórka o 9:00 pod Kopcem Powstania Warszawskiego (by nie było za łatwo, wbieg na Kopiec został i tak ustawiony na sam koniec). Powitalne uściski, ciekawskie spojrzenia, modły do systemów GPS i… ruszyliśmy (zakładane tempo 5:30)

Początki, jak to początki. Śmichy-chichy i zero powagi. Kto by tam myślał o tym co nas czeka za następne 10, 20, 30 kilometrów. Kto by się przejmował mokrym butem, brakiem wody czy obcierającym paskiem. Na to wszystko przyjdzie czas…

 

 1. Atak na Kopę Cwila

Droga ku pierwszej górze była dość urozmaicona, wpierw pagórkowata, następnie mocno stepowa, by przez chwilę się zurbanizować. Miło, szybko, pogodnie. Nic tylko biec i plotkować.

No chyba, że ktoś zamiast plotek wolał na przykład wpaść do wodospadu (buty szosowe + omszałe kamienie = NOT). Ale generalnie odbyło się bez większych atrakcji.

Szybko, a przynajmniej szybciej niż się tego spodziewałem, stanęliśmy pod Kopą Cwila. Jej majestatyczne zbocze przesłoniło niebo (niestety nie mam zdjęcie tegoż, gdyż pomknąłem na górę uwiecznić atak ekipy), a nasz zespół ruszył do pierwszego podejścia…

… uwieńczonego błyskawiczną sesją zdjęciową i ewakuacją ze szczytu, gdyż niemiłosiernie tam piiii… wiało i i czuć było ZŁO.

biegi górskie w Warszawie

(fot. Biegaj Sercem)

 

2. Zdobycie Górki Szczęśliwickiej

W przypadku naszego drugiego celu podstawowym wyzwaniem była trasa ku podejściu. Trudna, często przebiegająca tunelami, miejskimi arteriami i wzdłuż miejsc, o których istnieniu większość z nas nie miała pojęcia, pozwoliła nam doświadczyć ekscytacji stawiania czoła nieznanemu.

Aż ostatecznie dotarliśmy pod szczyt, gdzie lekceważąc narastające zmęczenie (15K) i zdumione spojrzenia tubylców zdobyliśmy go sprintem, by następnie oddać się lekturze naściennych wyznań miejscowej gimbazy.

biegi górskie w Warszawie

 

3. Górka w Parku Moczydło

Ta część naszej przygody minęła błyskawicznie. Czuliśmy, że mamy szansę, wiedzieliśmy, że wciąż są w plecakach zapasy wody i żywności, a prognoza pogody oddalała groźbę śnieżnych zamieci. Zatem napieraliśmy!

Napieraliśmy i napieraliśmy, aż kolejny szczyt znalazł się u naszych stóp… coKrasus (stoi poza kadrem i rozkazuje) wykorzystał, by zagonić swoich terminatorów do dziwacznego obrządku. Byli posłuszni… Dziwni jacyś, ale to ponoć sekta.

trail w Warszawie

 

4. Góra Gnojna – gnojna sprawa

Mając już w nogach ponad 21K ruszyliśmy w stronę Wisły. Po twardym, przez miasto, czując że duch w zespole wciąż mocny, lecz sił tu i ówdzie zaczyna brakować, a pokus coraz więcej… jak i ciśnienia na pęcherze.

Parliśmy, walczyliśmy, by w końcu zaklnąć (#wkurw_team, nie?) i z werwą ruszyć do podejścia.

Daliśmy radę? Daliśmy! Na szczycie szef Pąpkinsów oddał się lansowi, reszta ekipy dyszała i konsumowała energetyczne okruchy, a ja rozmyślałem nad sensem egzystencji… Byliśmy już prawie u celu…

 

5. Kopiec Powstania Warszawskiego, miejsce gdzie wszystko się wyjaśni

To był mój fragment trasy. Przemierzałem ją nie raz i nie sto dwadzieścia razy w drodze do pracy czy podczas wybiegań, toteż pewnie poprowadziłem śmiałków. Wpierw w dół, ku rzece, następnie jej brzegiem ku naszemu ostatniemu wyzwaniu.

Niestety, niewątpliwe uroki odcinka wiodącego wzdłuż malowniczego wiślanego brzegu skutecznie spacyfikował wiatr, który akurat się rozdmuchał. Toteż zamiast słów zachwytu na temat otaczającej nas fauny i flory częściej było można usłyszeć mniej bądź bardziej wyraziste bluzgi skierowane w stronę dziejących się procesów atmosferycznych…

trail w Warszawie

(fot. Biegaj Sercem)

… tudzież huku finalnego odcinka wzdłuż Wisłostrady.

Wielki finał

Lecz podołaliśmy! Po 34 kilometrach trasy i 3 godzinach mniejszego i większego napierania stanęliśmy na szczycie Kopca (tu będzie foto, jak ktoś wrzuci, bo akurat nie mam – byłem zajęty motywowaniem Partnerki)

biegi górskie w Warszawie

(Aktualizacja, już mam – fot. Biegaj Sercem)

– by tam otrzymać od Avy niesamowite medale dla finisherów. Po prawdzie były to najsmaczniejsze odznaczenia, jakie widziałem w życiu.

Krótka, aczkolwiek pełna wzruszeń i słodyczy ceremonia dekoracji zwycięzców…

MNIAM!

… zakończyła naszą przygodę. Nastał moment pożegnań, czas powrotów. Opisywać nie będę, bo łzy w oczach stają.

100hrmax.pl

(fot. Matka Biega)

 

ZAKOŃCZENIE

Było wybitnie pozytwnie. Owszem, jestem samotnikiem. Owszem, nie biegam w grupie. Owszem, wkurza mnie na wybieganiach narzucane tempo, ALE dla takiej imprezy itakiej ekipy warto było złamać wszystkie swoje uprzedzenia.

(fot. Krasus)

 

Dzięki i do zobaczenia!

100hrmax.pl

(Zdjęcie otwierające wpis oraz to powyżej – fot. Biegaj Sercem)

Warto kliknąć:

UTdV: Relacja Avy

UTdV: Relacja Biegaj Sercem

UTdV: Relacja z Matka Biega

===== Strona organizacyjna UTV i mój log z trasy poniżej =====
[EPSB]Zobacz też: Atak na Łysicę [/EPSB]