52 kilometry radosnego biegu po przepełnionych kolorem jesiennych Bieszczadach, czy 52 kilometry walki z chłodem, huraganowymi porywami wiatru i wirującym w powietrzu zaczynem pierwszych opadów śniegu? Wybór należał do mnie. Wszak wystarczyło się odpowiednio ubrać…

[Publikowane na blogu treści są prywatnymi opiniami autora. Jeżeli chcecie je stosować, robicie to na własną odpowiedzialność]

UMB 2015, czyli (jak to piszą organizatorzy: ultraMaraton) Bieszczadzki był zawodami, na które zapisałem się spontanicznie, niesiony biegowym hajem po ukończeniu Rzeźnika. Dystans 50-ciu kilometrów wydawał się “akurat”, a kondycja po wakacjach miała sprzyjać dobremu wynikowi. Oczywiście wraz z upływem czasu rzeczywistość się rozjechała z założeniami, a rozjazdem największym okazał się fakt, że na dwa tygodnie po UMB wpisałem się na bieg na dystansie 150-ciu kilometrów, co drastycznie przestawiło priorytety i założenia związane ze startem w UMB.

ultraMaraton Bieszczadzki - logo imprezy

ultraMaraton Bieszczadzki – logo imprezy

UMB 2015 – przygotowania

UMB z biegu kończącego sezon, stał się jednostką treningową i okazją do przetestowania sprzętu, który za kilkanaście dni miałem zabrać na Łemkowynę. W związku z tym zamiast na szlifowaniu formy skoncentrowałem się na kombinowaniu co zabrać i jak spakować, jakby miało być nieco chłodniej niż Złota Polska Jesień sugeruje.

Do Cisnej ruszyłem może nie w najlepszej kondycji, ale za to z nowym plecakiem, słuchawkami, jedzeniem i kombinacją ciuchów, która miała mnie uchronić przed ewentualnymi porannymi przymrozkami. Kilka godzin w samochodzie pozwoliło mi wysłuchać od moich towarzyszy podróży (Grzegorz, Michał, Jerzy) opowieści na tematy wszelakie (Grzesiek, Taco Hemingway jednak nie tegez na LP3 i tyle; Michał – teza, że triathlonista to taki gość, co nie umie ani biegać, ani pływać, ani na rowerze jeździć, więc próbuje wszystkiego jest hmmm… odważna, prawda Krasus?) i wyspać się na zapas (sorki Panowie, ale ja tak mam – w podróży albo kieruję, albo śpię).

Na miejscu stawiliśmy się wieczorem, akurat co by odebrać pakiety i odszukać swoje noclegi (tu muszę podziękować Pawłowi, który nie dość, że ogarnął miejscówkę, to jeszcze mnie chlebem, solą i piwem godnie powitał). Wieczór poświęcony opowieściom ze szlaków (miałem okazję poznać Daniela, jednego z 17 twardzieli, którzy ukończyli Rzeźnika Ultra, z tym, że Daniel przez ponad 100 km biegł ze skręconą kostką (i zaprawdę powiadam, nie chcecie ujrzeć tego zdjęcia, które mi pokazał)…) zbyt szybko ustąpił miejsca ciemnej bieszczadzkiej noc, a ja mając z tyłu głowy wizję pobudki o 5:00 rano, (UMB ruszał o 7:00) zająłem się testowaniem hotelowego łóżka.

Poranek przywitał nas zapowiadanym od kilku dni załamaniem pogody. Zamiast błękitu nieba – szara masa, zamiast cieplutkiej jesiennej aury – niosący zło (a docelowo śnieg) porywisty wiatr, za nic mający prognozy pogody mówiące o tym, że nie powinno być zimniej niż 5C. Było. Było zdecydowanie zimniej.

Patrząc na to co się wyprawia za oknem, do planowanego zestawu startowego: dół na krótko, góra na jeden cienki długi rękaw i dodatkową warstwę na tors plus koszulka na zmianę (bo jeszcze mi za gorąco będzie…), dorzuciłem wszystkoszczelną kurtkę, która co prawda zajmowała połowę mojego nowego plecaka, ale dawała jakąś tam nadzieję, że nie umrę w ciągu 15 sekund, jeżeli złapie mnie burza śnieżna.

UMB 2015 – pierwsze kilometry
Źródło zdjęcia: www.facebook.com/MaratonBieszczadzki

Źródło zdjęcia: www.facebook.com/MaratonBieszczadzki

Łooo… jak było łatwo. Po lekkim zamieszaniu przy starcie (jak to bywa, jak się tłum indywidualistów w jednym miejscu zbierze) ruszyliśmy asfaltową drogą, która powiodła nas ku wyzwaniu. Trasa nie była wymagająca, energii dużo, pobliskie zbocza osłaniały od wiatru. Dość powiedzieć, że pierwsze 10 kilometrów zrobiłem w 53 minuty, w tym najszybszy w … 4:20 (no wiem, że głupota).

Biegłem sobie i biegłem, z jednej strony nieco złorzecząc na asfalt, z drugiej nabierając przekonania, że moje zachowawcze plany by celować w czas 7:00 można spokojnie przestawić na bardziej ambitne, zakładające zrobienie trasy w 6:30, albo i szybciej.

No ale, ultra ma to do siebie, że możecie sobie zaplanować co tylko się Wam podoba, a rzeczywistość i tak to wyśmieje. U mnie po raz pierwszy parsknęła w twarz, kiedy chciałem pociągnąć wody z bukłaka. Cóż, plecak nowy, bukłak nie rozchodzony (tylko 5 km zrobiłem z nim wcześniej) i okazało się, że ustnik nie przepuszcza wystarczająco dużego strumienia i zamiast pić wodę zasysacie rurkę w dziubek. Za każdym razem, kiedy chciałem się napić musiałem najpierw ściągać gumę z wężyka, potem pić i uważać, by się nie oblać, a następnie ponownie zakładać gumę. Super.

Drugie parsknięcie trafiło mnie, kiedy wbiegliśmy na bardziej odsłonięty teren. Tam mój strój nie radzi sobie z porywami wiatru, a pomysł by zabrać rękawiczki bez palców, był – mówiąc łagodnie – nieprzemyślany. Wtedy jeszcze wyglądałem tak:

UMB 21015 - kto zamówił ten wiatr?!

UMB 21015 – kto zamówił ten wiatr?! Źródło zdjęcia: festiwalbiegowy.pl

UMB 2015 – kryzys na połówce

Niemniej biegłem. Trochę zwolniłem, od czasu do czasu rzucałem bluzgiem, aż dobiegłem do pierwszego podejścia, gdzieś w okolicach pietnastego kilometra, gdzie na szczycie straciłem osłonę przed wiatrem. OMFG – jak tam było zimno! Tak miotało złem, że miałem wrażenie, że wiatr mi przymarza dłonie do metalowych elementów kijków, a czekoladowe mleko w tubce (eksperyment żywieniowy) nie chciało się wycisnąć bo zgęstniało i zaczęło zamarzać! To było trochę słabe i zacząłem czuć, jak zamiast koncentrować się nad utrzymaniem sensownego tempa, zaczynam swoje aktywności dedykować kuleniu się i szczękaniu zębami, tudzież na płakaniu, ponieważ skoro nie zabrałem przeciwsłonecznych okularów (przecież miały być chmury), to moje oczy postanowiły łzawić od wiatru (mało praktyczne przy zbiegach). Dwa kilometry dalej postanowiłem założyć kurtkę…

… idea była słuszna, ale plan nie przewidział (parsknięcie nr. 3), że mój nowy plecak, co ma z przodu zaciągane linki – a nie zamek jak to w starym było – będzie nie do zdjęcia przy zgrabiałych rękach. Nie mogłem skostniałymi palcami chwycić odciągów na tyle dobrze, by puściły. No i trochę to potrwało. Najpierw zacząłem wolniej biec, po chwili iść, ostatecznie rozglądać się za na tyle osłoniętym przed wiatrem miejscem, by zrobić rozbić tam na chwilę biwak.

Ostatecznie znalazłem takowe, kucnąłem, zająłem się rozcieraniem i rozdmuchiwaniem dłoni. W końcu zdjąłem tałatajstwo z pleców, zrzuciłem przemoczone (za ciepłe na szybki bieg w dolinie!) i zamarznięte ciuchy po czym przebrałem się po całości zakładając dedykowaną na upał koszulkę, a na nią kurtkę. Dłoniom to pomogło średnio (swoją drogą, jak są zmrożone, to też trudno kijki złożyć i rozłożyć…), ale w tors było cieplej. No i miałem kaptur – przynajmniej jedna końcówka zyskała ochronę. Hurra!

Kolejne 10 kilometrów minęło mi na kombinowaniu, jak biec z kijami trzymanymi pod pachą i dłońmi wewnątrz rękawów kurtki, oraz jak bez kolejnego zdejmowania plecaka (które ponownie było bardzo utrudnione) wyciągnąć z niego coś do jedzenia, ponieważ niesiony wcześniejszy entuzjazmem i późniejszym szczękaniem zębami, przeleciałem 25 km na grudzie zamrożonego czekoladowego mleka (stary, a głupi).

Efekt tego wszystkiego był taki, że czułem się jakbym zaliczył nieplanowaną ścianę. Bez mocy i wyziębiony kicałem, co prawda robiąc 5-tki w 35 minut, ale zmuszając się do biegu, zamiast czerpiąc z niego radość i – co groźniejsze – zaliczając z braku koncentracji trzy gleby (na szczęście się chodziło na judo – się bezpiecznie pada na szlaku).

UMB 2015 – Powoli, ale do mety

Los się nieco odmienił na 30-tym kilometrze, kiedy spotkałem tego Pana, co na obrazku poniżej:

Ultramaraton Bieszczadzki i jego oprawa

Ultramaraton Bieszczadzki i jego oprawa

Wprost porażony doznaniem (czy nie za wcześnie na haluny?) otrząsnąłem się z marazmu i nawet po krótkiej walce z samym sobą zdobyłem się na to by wyciągnąć dłonie z rękawów i klnąc po raz kolejny jeszcze raz zdjąć plecak, co by odpalić kamerę (niestety, na to by podnieść czułość mikrofonu już mi rozumu nie starczyło, ale jak zrobicie głośność na 100% to jest szansa, że coś usłyszycie).

To był punkt zwrotny mojego koślawego biegu. Robiąc postój przy tajemniczym kontrabasiście (internet podpowiedział: przygrywał nam Roman Huzior) poczułem, jak odpuszcza mnie napięcie. Do mety miałem jeszcze plus / minus półmaraton. W krwiobiegu powoli pojawiał się dorzucany hurtowo cukier (i podlewane colą kabanosy). Wiedziałem, że chociaż raczej zaprzepaściłem szanse na sensowny wynik, to też nie grozi mi że nie zmieszczę się w limicie. W sumie, jak na ultra, to nie było znowu tak źle. Przecież żyłem!

Chillout na 38-mym km. Zdjęcie: Agata Czepiec

Chillout na 38-mym km. Zdjęcie: Agata Czepiec

Racjonalizując sobie tak to wszystko wyciągnąłem słuchawki, zaciągnąłem kaptur i postanowiłem przez 20 kilometrów nie przejmować się już niczym, wychodząc z założenia, że listę wpadek mam już za sobą – tu się myliłem, bo nie wpadłem na to, że mój zajebist nowy plecak, jakoś tak przesunie bukłak, że rurka całkowicie straci drożność (a, że skostniałe ręce itp… to nie będę miał swojej wody, aż do mety).

Wiatr odrywał głowę, chmury pędziły, muzyka grała, a ja dreptałem w uśrednionym tempie 7:30 i nieustannie tasowałem swoją pozycję z kilkunastoma osobami (jestem szybszy na podejściach od standardowego ultrasa, standardowy ultras zjada mnie na zbiegach, co jest wyjątkowo depczące po ambicji, jeżeli tym ultrasem jest – na oko młodsza o 15 lat – kozica dziewczyna) i tak nam mijał na mijankach kilometr za kilometrem, aż dobiegliśmy do podejścia na Okrąglik, gdzie wreszcie po raz pierwszy oderwałem wzrok od trasy i spojrzałem wokoło, by przy dźwiękach tego co poniżej poczuć… się dobrze. Ciśnienie odpuściło, – ba! – wszystko odpuściło, a ja wreszcie zobaczyłem góry!

I don’t need all the treasures
I want to burry all my pride
It’s a precious gift it’s freedom
Transmission into your heARt

Poczucie zadowolenia z życia trwało ho ho – z 15 minut ! – w sumie aż do ostatniego zbiegu do Cisnej, na którego stromiźnie wyprzedzili mnie wszyscy ci, których wcześniej starannie wymijałem na podejściach. Cóż, coś w tym jest, że w branży obowiązuje powiedzenie, że ultra wygrywa się zbiegając. A na zdrowie im.

Człapiąc sobie ostatecznie dotarłem do słynnych torów kolejowych prowadzących mety na polu namiotowym. Tu jeszcze próbowałem zmobilizować do walki biegaczkę, która niby walczyła ze mną na ostatnim kilometrze, ale jakoś na prostej nie chciała biec w drugim zakresie. No to nie, same zbiegi to jednak czasami za mało.

Wbieg na metę. Zdjęcie: Agata Czepiec

Wbieg na metę. Zdjęcie: Agata Czepiec

Bieg skończyłem gdzieś w 2/5 stawki i z czasem 6:45 – idealnie między tym co zakładałem przed startem i na co miałem chrapkę chwilę po ruszeniu w trasę. Co ciekawe Garmin zmierzył mi czas w ruchu na 5:59, a że na punktach regeneracyjnych nie stałem dłużej niż potrzebowałem czasu na wypicie kubka coli, to widać ile czasu straciłem na rozbijaniu obozu (i później, mocowaniu się z plecakiem, by wyciągnąć coś do jedzenia). Świetnie też to obrazuje wykres (dzięki Bartosz!), na którym widać w jakim tempie pokonywałem odcinki kontrolne w odniesieniu do wszystkich zawodników (wartości liczbowe, to procent startujących szybszych ode mnie na danych odcinkach).

UMB, miejsce w wyścigu. Autor: Bartosz Łowczak

UMB, miejsce w wyścigu. Autor: Bartosz Łowczak

Słowo dla potomnych

Cóż ja mogę powiedzieć? Prześcignął mnie debiutujący w górach Jerzy, który w niedzielę, dwa tygodnie po ataku na maratońską życiówkę, wystartował w UMB 2015 w Five Fingersach! Sromotnie przegrałem (o 45 minut) także z Kasią, która również debiutując w górach, zajęła miejsce na podium w KOPEN! Tudzież poległem w walce z szerokim gronem osób, które mnie na mecie witały uśmiechem i dobrym słowem (dzięki ludzie!)

Ale z drugiej strony, jeżeli chodzi o trening pod ŁUT150, to ultra w Bieszczadach było świetne. Na stosunkowo krótkiej trasie udało mi się przećwiczyć wychłodzenie, odwodnienie, wypalenie energetyczne, a także powrót z tego wszystkiego do życia i dotelepanie się do mety w sensownej kondycji. Jak na pierwszy jesienny start w górach – doświadczenie bezcenne, ciekawe czy uda mi się je sensownie wykorzystać. A to wskazane…

… gdyż, patrząc na prognozę pogody, nauka może okazać się niezbędna, by przetrwać w biegu od 23-tego do 25-tego października:

LUT150 - prognoza pogody

LUT150 – zalanie gór i prognoza pogody


A przy okazji zebrałem też trochę danych z Garmina. Wcześniej nie biegałem takich dystansów z pulsometrem i mam niespodziankę – nawet jeżeli ten skok na 180, to jakieś zakłócenie, czy sczytane tętno sąsiada, to i tak jestem zaskoczony (in minus), że przy tempie 6:30-7:00 mam na prostej i podejściach tętno 130, a przy zbiegach jeszcze wyższe. Jak dla mnie to o 15-20 za mocno, by myśleć o 30 godzinach w trasie.

UMB - tętno / tempo / przewższenia

UMB – tętno / tempo / przewyższenia

UMB 2015 - splity na trasie

UMB 2015 – splity na trasie, “górka” na 15-tym, tam zamieniałem się w sopel

Logistyka dla zainteresowanych:

  • Buty: Merrell Trail Glove 2 (wiadomo) : 5+
  • Ciecz: 2 x 0.3l coli i Red Bulla (oddzielny wpis należałby się tym, co stojąc na górskim wygwizdowiu serwowali nam posiłki i napoje. Na klęczkach dziękować im za poświęcenie, to za mało); 0.2 wody; 0.2 OSHEE. Całość koło jednego litra (za mało)
  • Jedzenie: 50 g kabanosów, dwa batony od organizatorów (Squeezy chyba), jedna sucha bułka, dwa plasterki żółtego sera (w sumie to by wystarczyło, ale nie w sytuacji, kiedy zacząłem jeść po 2 godzinach w trasie)
  • Inne: surowy imbir do żucia

Na koniec, najlepszy na świecie posiłek regeneracyjny. Nic tak nie smakuje jak buła z parówą na przydrożnej stacji benzynowej, jedzona pięć godzin po zakończeniu biegu (coś zaplątałem się w czasoprzestrzeni i nie znalazłem czasu na nic więcej niż by zjeść banana i jogurt, a potem była dekoracja zwycięzców, a potem trzeba było się pakować, a potem zaczął badać śnieg, a potem ekipa chciała jechać i… i… i nie róbcie tak!).

UMB - posiłek regeneracyjny

UMB – posiłek regeneracyjny

[EPSB]Zobacz też: 110KM w piekarniku[/EPSB]