Sobota, 10:00 rano. Jestem lekko śnięte zombie, niemniej udaje mi się załadować cielsko do autokaru jadącego z Radomia do Warszawy. Warkot silnika, szum klimatyzacji, mózg powoli zastyga…, zaraz, czy ja tutaj nie siedziałem 38 godziny temu…? Odjeżdżam…

[Publikowane na blogu treści są prywatnymi opiniami autora. Jeżeli chcesz je stosować, robisz to na własną odpowiedzialność]


XIII Bieg Rzeźnika – droga ku zagładzie

… budzi mnie komunikat kierowcy.
– Radom, postój 5 minut!

Wysiadam, zabieram torbę, poprawiam startowy fryz i idę ku czekającemu na mnie Pawłowi. To mobilizujące, że facet kilka dni temu zaproponował mi, bym poleciał z nim awaryjnie XIII Bieg Rzeźnika (Paweł dostał pakiet, jako zwycięzca konkursu wkurw_teamu). W końcu znamy się znowu nie tak długo, z naszego testowego treningu na 50K wynika, że jest ode mnie mocniejszy, a ja dodatkowo od dwóch tygodni chorym i na antybiotykach. Moja silna strona? Czacha.

Moc we fryzie, ale zaraza wciąż gryzie

Moc w tym fryzie, lecz zaraza wciąż mnie gryzie

Uścisk dłoni, ładuję klamoty do bagażnika (matko, on zabrał przenośną lodówkę!) i ruszamy w stronę Bieszczad. W planie jeszcze, co by po drodze odbić do Staszowa, gdzie zabierzemy nasz jednoosobowy zespół wsparcia w postaci nieocenionego (co odkryłem potem) Mateusza.

Po drodze typowe rozmowy o samochodach i kobietach butach i relacje ze startów w zawodach, czyli jak być dziwakiem to do końca. Jedyne urozmaicenie – krótki postój na McŚmieciu, co by się napchać na start. Idę do łazienki, wychodzę po minucie i widzę, że koło Zająca (Pawła) stoi facet z pękniętym nosem i sikającą zeń krwią. Paweł, to Ty?!

– Nie, to ten łysy, co go właśnie ochrona wyprowadza.
– Ale dlaczego?
– Nie wiem.

Aha. Myślę sobie o naszych, raczej odstających od miejscowych standardów, fizys i dochodzę do wniosku, że pieczone ziemniaki to może jednak zjem po drodze w samochodzie.

Jedziemy. Zgarniamy Mateusza, wybebeszamy samochód ze zbędnych rzeczy (w tym dziecięcego fotelika, co swoje skutki mieć będzie) i ruszamy ku przygodzie. Panowie coś tam rozmawiają, ja próbuję chociaż chwilę pospać.

XIII Bieg Rzeźnika - ładuję stopy

XIII Bieg Rzeźnika – ładuję stopy

Sen się rwie, strzępy rozmów wpadają mi do uszu. Czas się nieubłaganie wypełnia i o 2:00 w nocy parkujemy na miejscu startu XIII Biegu Rzeźnika. Jest jeszcze dość pusto, nie ma autokarów z zawodnikami zwiezionymi z Cisnej. Akurat chwila, co by się przebrać, bez obaw że negliż załapie się na uwiecznienie w obiektywach TV Beskid czy TVN 24.

13 Bieg Rzeźnika - górski zając w gotowości bojowej

13 Bieg Rzeźnika – górski zając w gotowości bojowej

Autobusy zaczynają dojeżdżać. Tłum gęstnieje, atmosfera robi się dość zawiesista (maści rozgrzewające i dużo węgli przed startem – dość specyficzny aromat…). Paweł udziela ostatnich wskazówek Matuszowi, gdzie i o której ma być z naszymi rzeczami. Zaczynamy powoli brnąć w stronę strefy startowej, po drodze mijamy masę bliższych i dalszych znajomych. Owszem, Rzeźnik to festyn, nowa trasa trochę odstraszyła bractwo, ale jakoś tak się składa, że wciąż kto może, ten próbuje tu pobiec. Dowcipy, przycinki, życzenia powodzenia… Nieubłaganie dochodzi trzecia nad ranem.

XIII Bieg Rzeźnika - na linii startu

XIII Bieg Rzeźnika – na linii startu

5….
4…
3..
2.
1
START!

Lecimy! Potok ludzi, rzeka światła. 1500 czołówek robi swoją robotę. Lekki dreszcz na ciele i zaczynamy… lewa, prawa, lewa, prawa. Mijanka, uspokojenie tempa. Dajemy do przodu.

Cel: 82 kilometry dalej.
Czas: 12 godzin.
Kondycja? Ujdzie.

Poziom zmęczenia? Jak to o 3:00 w nocy i po 8 godzinach w samochodzie. Też ujdzie.

XIII Bieg Rzeźnika – koniec przed początkiem

Początek był klasyczny. Tłok, asfalt, rwane tempo i ogólna radosna improwizacja, tudzież docieranie się przypadkowych teamów.

– Stary, jakie tętno? Ja mam 160
– A ja 130. Musimy wyrównać!

Ta wymiana zdań współstartujących, szczególnie zapadła mi w pamięci.

W naszym małym świecie Paweł wszystko to po swojemu komentuje, ja staram się hamować przesadne zrywy (NIE biegniemy nad podbiegach) i sprawdzam systemy, których nie używałem przez dwa tygodnie.

Halo, pachwina? Jest OK?

Kostki? Działacie?

Łydki, ile u was cukru?

Wsłuchuję się także w stopy. Się złożyło, że na Rzeźniku testuję buty pod UTMB (to dobrze), które mam na biegu pierwszy raz na nogach (to niedobrze). Czuję też, że jest ciepło. Za ciepło, jak na moje upodobania do chłodu i mrozu. Kiedy pochylam się, by poprawić sznurowanie, z mojej głowy leci strumyczek potu. O 5:00 rano? Miazga! Co w takim razie będzie podczas dnia? Staram się pić i jeść jak w zegarku: co 15 minut, co 45 kabanos albo ser. Paliwa nie może zabraknąć.

Nareszcie!

Koniec asfaltu i wbijamy się w pierwsze mocne podejście w lesie. Czujnie obserwuję buty (Bare Access Trail). Trakcja dobra, ale trzymanie palców coś nie tego, co zbieg to czuję, że stopa mi jedzie do przodu. Psiakrew, niedobrze – wygląda to na powtórkę sytuacji sprzed roku. Albo zmienię obuwie na przepaku, albo wymienię paznokcie. Jakby tego było mało, bieszczadzkie błoto postanawia sprawdzić na ile porządnie zasznurowałem papucie. Z pojedynku wychodzę zwycięsko, ale kiedy maź sięgnęła kostki przez chwilę czuję, jak stopa się podnosi, a but nie…Oj.

Po dwudziestu kilku kilometrach zaczyna się większa  “przygoda” – dotychczasowe odruchowe blokowanie nogi, by chronić paluchy przed przesuwaniem się do przodu buta pomaga paluchom, ale szkodzi kolanom. Kłucie z tyłu prawego staje się na tyle dotkliwe, że mogę zapomnieć o zbieganiu z Chryszczatej. A do mety jeszcze ponad 50 kilometrów…

Uwaga, ultra inwalidzi!

Uwaga, ultra inwalidzi!

Chwilę później niespodzianka spotyka także Pawła. Dostaje tak silnych skurczy, że nie jest w stanie biec. Wygląda na to, że 10 kilometrów przed pierwszym przepakiem, już mamy zespół inwalidów. Ekstra.

XIII Bieg Rzeźnika – Cisna, jak tu dobrze

Do Cisnej docieramy 30 minut po planowanym czasie.

Pokonanie trasy w 12 godzin zaczyna być wątpliwe, ale o tym będziemy myśleć później, teraz trzeba się naprawić. W bazie czeka na nas Matusz, przytachał tu nasze zapasy i trochę go martwi nasza relacja z pierwszego etapu.

Zmieniam buty, decyduję się łyknąć procha na kolana i biodra (które w międyczasie zaczęły też przejmować zbyt duże obciążenia), zgarniam kijki. Zając szprycuje się magnezem i przeprowadza szybką polową operację – się okazuje, że ma całkiem zgrabny bąbel na podbiciu stopy. Czas przepaku nie jest istotny. Istotne byśmy na pozostałe 50K ruszyli zregenerowani.

Przepak w Cisnej - ratujemy sytuację

Przepak w Cisnej – ratujemy sytuację

Po dwudziestu kilku minutach żegnamy nasze wsparcie (mamy się zobaczyć na 65-tym kilometrze) i opuszczamy punkt, by rozpocząć podejście na Małe i Duże Jasło. Wydaje mi się, że jest OK. Co prawda wszyscy znajomi już daleko przed nami, ale co tam – teraz są inne priorytety. Prochy zadziałały, Trail Glove’y leżą tak, jak oczekuję od butów. Opiłem się i najadłem. Czego więcej chcieć?

Wychodzimy z Cisnej - jest promień nadziei

Wychodzimy z Cisnej – jest promień nadziei

… odpowiedź na to pytanie znajduje się szybko. Na przykład warto chcieć, by partnera nie odcięło.

XIII Bieg Rzeźnika – maskara pod Jasłem

– Paweł, jest OK?
– NIE!
– Nie?
– NIE, k**nie, mam dość! Dlaczego wszyscy mnie wyprzedzają? Czy oni muszą tyle gadać?! Niech się k*** zamkną!

Oj… niedobrze. Sprawdzam kontrolki:
– Jadłeś?
– Piłeś?
– Brałeś magnez?
– Sprawdzałeś cukier (Paweł ma cukrzycę)?
– Popchać Cię?

– Tak, tak, tak, tak, spier***!

Hmmm. Nawet jakbym chciał, to nie mogę, ponieważ regulamin Rzeźnika wymaga by członkowie zespołu nie byli bardziej oddaleni od siebie niż na 100 metrów. Nie wiem, co robić. Podchodzę i czekam, próbuję mobilizować, by jednak lazł pod tę górę. Idę przed, idę za – nie działa. Wleczemy się. Prawdę pisząc, to strasznie się wleczemy i faktycznie… wyprzedzają nas piknikituryści. Zakładany limit 12 godzin idzie się definitywnie kochać. Szkoda

Kryzys mija równie niespodziewanie, jak się pojawił. Po wdrapaniu się na górę Pawłowi udaje się wyprzedzić zawodnika. Coś niespodziewanie przeskakuje w jego głowie. Wyprzedza następnego i następnego. Za każdym razem nieco przyśpiesza. Na Okrągliku i Fereczatej jest już sobą.

Okolice 45K. Team specjalnej troski atakuje przydrożny rów

Okolice 45K. Team specjalnej troski atakuje przydrożny rów

Kiedy na 49-tym kilometrze docieramy do kolejnego punktu żywieniowego, jest nieźle. Oczywiście jesteśmy na szarym końcu stawki, ale wróciły nam humory. Nawet fakt, że odmówiono mi butelki wody (“bo zakaz”, i to mimo okrzyków kogoś z tłumu: “daj mu, to bloger” – łojezu, znają mnie!) nie wytrącił mnie z dobrego samopoczucia, a i pyszna bułka ze smalcem i potrójnym ogórkiem (dzięki dziewczyno!) dodatkowo je ugruntowała.

Dobra buła nie jest zła! Zdjęcie dzięki uprzejmości <a target="_blank" href="https://m.facebook.com/Bieganie-pisane-wierszem-426104994257424/">Bieganie pisane wierszem</a>

Dobra buła jest dobra! Fot.: Bieganie pisane wierszem

Tak. Punkt kontrolny Stokówka zdecydowanie dodał nam animuszu.

XIII Bieg Rzeźnika – bo to są Bieszczady

Dodał, ale tylko na chwilę. Dobre samopoczucie zaczęło się rozpuszczać rychło po opuszczeniu bazy. Najpierw kropla za kroplą, następnie lekki deszczyk, który przeistoczył się w ulewę – strugi wody spływały po grzbiecie, strugi zamieniały podejście w ślizgawkę. Ugh, było paskudnie. Lazłem i kląłem. Kląłem podwójnie, kiedy zdjąłem czapkę, co by mi deszcz nieco czerep schłodził. Schłodził, a jakże – spłukując falę solanki prosto do oczodołów. Nosz k****! Tymczasem Paweł zapadał się w sobie. Jak mi później powiedział – tak bardzo chciał, abym wyjął mu kurtkę z plecaka…, tyle że nie miał siły, by to powiedzieć. Szedł w transie, a woda żłobiła ścieżki w zaschniętej na jego skórze soli.

Kiedy deszcz minął, świat stał się odmieniony. Zamiast na suchym upalnym szlaku, byliśmy w wilgotnej dżungli, gdzie każdy krok mógł oznaczać szpagat na błocie. Błocie, które było jedną z ostatnich rzeczy, z którymi były kompatybilne moje Merrelle. Błoto było też nie po myśli mojego towarzysza. Co prawda jego inov-8’ty lepiej je ogarniały, ale deszcz głowie zrobił swoje. Nasz Bieg Rzeźnika stał się katatonicznym marszem.

– Zając, ciągle niesiesz kurtkę w ręce… To celowo, czy chcesz mnie poprosić bym schował ci ją do plecka?
– … schowaj

Przeżyliśmy jeszcze kilka mniej intensywnych opadów i wkroczyliśmy na szlak graniczny. Widoki? Bajkowe! Zielone góry po horyzont, a pomiędzy nimi parujące lasy, nad którymi tworzyły się kłębki mgieł i zaczątki chmur wznoszące się ku rozpalonemu, niebieskiemu niebu. Piękne miejsce na przerwę i sesję zdjęciową. Piękne, gdyby nie fakt, że zaczęło się nam śpieszyć do Okrąglika, bo rezerwa czasu na dotarcie do ostatniego punktu żywieniowego zmalała do minimum.

Na szlaku granicznym. Fot. Piotr Dymus

Na szlaku granicznym. Fot. Piotr Dymus

Co by było ciekawiej, wtedy też zaliczyłem swój kryzys. W dolinkach między wzgórzami kisiło się rozpalone, wilgotne powietrze, kiedy zbiegłem w jedną z nich, zacząłem odpływać. Sił mi wystarczyło by dobiec do zalesionego podejścia po jej drugiej stronie. Tam poczułem, że nie ma szans bym ruszył w górę. Pozwoliłem Pawłowi iść dalej, usiadłem i zacząłem myśleć, jak tu się naprawić. Pomogło zmoczenie czapki i wciamkanie 1/2 placka z daktyli i kokosa. Po kilku minutach szum w głowie zaczął powoli zanikać, w uszach też mniej łupało. Dotarło do mnie, że nie tylko się przegrzałem, ale też zawaliłem żywienie, bo radując się wspomnieniem pysznych buł ze smalcem, nic nie zjadłem od wyjścia z poprzedniego punktu. Ot, bloger od poradników głupek.

Przełknąłem kilka łyków izo z yerba-mate i cytryną (ależ pycha!) i zacząłem gonić (no, powiedzmy) ku czekającemu na mnie kilkadziesiąt metrów wyżej. Jeszcze mieliśmy szansę.

XIII Bieg Rzeźnika – lepiej późno niż wcale

Na Przełęcz nad Roztokami wpadliśmy 15 minut przed jego zamknięciem. Zbiegam i słyszę
– Dajesz Kuba! – O, ktoś mnie tu woła z imienia, a nie nazwy bloga? Hałkam? Się okazało, że na punkcie kibicowała Ola (znana Wam pewnie z tego, że zrobiła światową koronę maratonów). Tuż obok niej wypatrywał nas zaniepokojony Mateusz (nie miał info, co się dzieje z nami, a kryzys po Cisnej bardzo nas opóźnił).

Padło szybkie kilka słów wyjaśnień (głównie bluzgi) – nie było już czasu do mitrężenia! W niespełna 10 minut ogarnęliśmy bambetle, uzupełniliśmy ciecze i ruszyliśmy, by spróbować zrobić ostatnie 17 kilometrów poniżej 3 godzin.

A jednak zawalczymy

A jednak zawalczymy

Spróbowaliśmy i wreszcie coś się nam udało… wdrapanie się na Czerenin poszło dość sprawnie (jak na 25C w cieniu i coś pod 70-ty kilometr trasy), zbiegi i podbiegi w stronę Solinki też wypaliły (tempo i poniżej 10 minut na kilometr). Zapowiadało się, że ogarniemy zawody w 16 godzinach i nie musimy polegać na plotkach, że limit czasu został zwiększony, bo trasa jest dłuższa o 5 kilometrów od standardowej.

– Paweł…
– Co k***?
– Ja k*** chcę mieć tą koszulkę finiszera, nie po to męczę się 16 godzin, by teraz się nie zmieścić w czasie!
– No to dawaj łosiu na lewy pas i wyprzedzamy!

I w końcu wyprzedzaliśmy! Na tyle skutecznie, że na ostatnie trzy kilometry paskudnej, obrzydliwej, nasłonecznionej, tłuczkowo – żwirowo – asfaltowej, prowadzącej ku mecie, drogi wybiegliśmy z zapasem 45 minut. Ho, ho, ho – co z taką kupą czasu teraz począć?

– Zając…
– No?
– Wiesz, to nie ma sensu…
– Co nie ma sensu?
– Nie ma sensu napierać po tym żwirze i asfalcie, by skończyć 30 minut przed limitem, a nie minut – na ten przykład – 10. Szkoda zdrowia. Przecież nie będziemy teraz ścigać o pozycję na mecie. Bez jaj.
– To co, idziemy?
– Ano idziemy

I poszliśmy. Dwóch prawdziwych Janushów Biegania. Radośnie, komentując i dopingując tych, co właśnie walczyli o ostatnie kilkaset metrów i order z ziemniaka. Wiedząc, że bieg okazał się porażką, ale mety to już – NI WAŁA – nikt nam nie odbierze.

A jednak się udało

Jednak się udało

XIII Bieg Rzeźnika. A jednak - finiszujemy?

XIII Bieg Rzeźnika. Coś jakby finiszujemy

Biec na widok mety? Phi!

XIII Bieg Rzeźnika – biec na widok mety? Phi!

XIII Bieg Rzeźnika – życie po ultra

Zawody zakończyliśmy po 15 godzinach i 53 minutach.

Trzy godziny później niż planowaliśmy na starcie. Owszem, trasa była trudniejsza od “standardowej” i o pięć kilometrów dłuższa, ale jednak – takiego wyniku nie ma sensu usprawiedliwiać. Porażka i bolesna lekcja. Ale też: do mety dotarliśmy 55 kilometrów po moim urazie kolana i 50 kilometrów po ścianie Pawła. Nie wiem czy to bardziej dowód głupoty, czy jednak siły woli (a może jednego i drugiego).

Kiedy oddałem chipa, podziękowałem ogarniającemu logistykę Matuszowi (byłeś WIELKI!), wziąłem łyk finiszerskiego piwa… i dostałem drgawek. Wycieńczony organizm postanowił zafundować mi szok termiczny. Następne trzy godziny spędziłem telepiąc się na tylnym siedzeniu samochodu, zawinięty w dwie długie warstwy i kurtkę z kapturem.

Nie można zrobić ultra bez przygotowań i nie zapłacić za to

Nie można zrobić ultra bez przygotowań i nie zapłacić za to

Telepanie musiałem przerwać, kiedy Paweł zaniemógł podczas tankowania i nie był w stanie wsiąść do samochodu ani podnieść nogi (trochę się przestraszyliśmy, że to coś z cukrem, a nie tylko zmęczenie + piwo). Ostatecznie wyzdrowiałem, gdy w środku niczego, o godzinie 22:00, skończyła się nam benzyna (wcześniej tankowaliśmy gaz, a ciecz umknęła naszej uwadze). Ten psikus losu wymusił na mnie i Mateuszu dodatkowy marsz przez świętujące piątkowy wieczór wioski, z baniakiem w ręce i uśmiechem dla miejscowych konserów trunków wszlakich, aż w końcu skierowali nas ku zagrodzie, której właściciel był nie dość, że dość trzeźwy, to jeszcze miał kosiarkę na benzynę (Dingo, dzięki psiaku, że mnie nie zjadłeś).

Potem przygód było już jakby mniej. Albo też człowiek się przyzwyczaił drobiazgów w stylu zwidy i majaki za szybą samochodu, czy też konieczność cofnięcia się o 50 kilometrów, bo wysadzając nasz Support nie zabraliśmy zostawionego tam wcześniej fotelika. Nawet dodatkowe leżakowanie, kiedy kierowca zaczął mieć haluny, nie wytrąciło mnie z równowagi. Czymże w końcu jest 9 godzin w samochodzie, po 16 godzinach w Bieszczadach? Zaiste, nic godnego szczegółowej relacji.

Drugi świt pod rząd

Drugi świt z rzędu. Nieco plączą mi się myśli

Ostatecznie udało się. Po 5:00 zatrzymaliśmy się w bazie pod Radomiem. Za kilka godzin miałem wsiąść do autokaru do Warszawy. Walnąłem się na gościnny tapczan i…

[EPSB]ZOBACZ TEŻ: SPRZĘT NA RZEŹNIKA [/EPSB]

– …Warszawa, proszę wysiadać!

Głos kierowcy przywrócił mnie do życia. Była 12:00, niespełna dwie doby po tym, jak wyruszyłem w Bieszczady. Wyciągnąłem z bagażnika torbę z bronią biologiczną i ruszyłem ku ostatecznemu wyzwaniu. XIII Bieg Rzeźnika może się już zakończył, ale wiedziałem, co jeszcze na mnie czeka, u progu mojego siedliszcza…

13 Bieg Rzeźnika - ostateczne wyzwanie

13 Bieg Rzeźnika – ostateczne wyzwanie

I tak to właśnie było. Przegrałem, bo poczułem się zbyt pewny siebie, zabrakło respektu wobec dystansu i okoliczności. Fakt, że zrobiłem 100 czy 150K nie oznacza, że 80K to spacer. Owszem, eksperyment był pouczający, niemniej cena tego ćwiczenia z odporności na stres była nieco zbyt duża. Zwłaszcza, że na Rzeźnika jechałem z innymi planami.

Aha, technikalia, dane o odżywianiu, czy stan moich stóp po zawodach wrzuciłem do oddzielnego wpisu. Ta relacja i tak jest już zbyt długa, dzięki za doczytanie do końca!


AKTUALIZACJA: XIII BIEG RZEŹNIKA – RELACJA PAWŁA