Relacja z Zielonka Challenge: deszcz; start; deszcz; las; deszcz; pole; deszcz; jezioro; deszcz; deszcz; las; deszcz; las; pole; deszcz; meta. Deszcz! Coś jeszcze? Hmm…

WPIS W SKRÓCIE:

Zielonka Challenge to płaskie ultra pod Poznaniem
Zrobiłem tam +45K w ramach testowego startu
Poniżej kilka moich spostrzeżeń o biegu

[Publikowane na blogu treści są prywatnymi opiniami autora. Jeżeli chcecie je stosować, robicie to na własną odpowiedzialność]

Zielonka Challenge – płaskie ultra pod Poznaniem

Coś ciągnie mnie do tej Wielkopolski. Miesiąc po Ultra GWiNT, podczas którego próbowałem ugotować się na twardo, ponownie zawitałem w okolice Poznania. Tym razem by podczas Zielonka Challenge przemierzyć, znajdującą się nad północnym-wschodzie od miasta, puszczę… Zielonkę

Rywalizacja podczas ZC jest rozgrywana na trzech dystansach: umownym półmaratonie (umownym, bo ma więcej niż 21 kilometrów); umownym maratonie (też więcej) i trasie ultra, która ma coś pod 75 km. Zapisałem się na 42/75 z możliwością wyboru na trzydziestym piątym kilometrze docelowego dystansu.

Zielonka Challenge - trasy biegów

Zielonka Challenge – trasy biegów

Gdy na polu deszczy, mży i wieje w kły

Po nocy u znajomych, o 6:30 rano wyruszyliśmy (dziękuję Robert za pomoc!) ku miejscu zbiórki. Do przejechania było kilkanaście kilometrów, ale docelową miejscówkę organizatorzy tak chytrze ukryli, że pomimo wskazówek na stronie WWW dobre 20 minut kluczyliśmy po miejscowości nim udało nam się dostrzec… stojący w polu namiot. I w sumie na dobre nam to wyszło, bo dzięki temu przeczekaliśmy w samochodzie ulewę.

Zielonka Challenge - biały namiot: biuro; niebieski: depozyty i szatnie

Zielonka Challenge – biały namiot: biuro; niebieski: depozyty i szatnie

Było paskudnie

Niby ciepło, ale w okolicach 10 stopni, z zacinającym zimnym deszczem i porywami wiatru. Moje upodobanie do zimna zostało wystawione na poważną próbę i schowane pod przeciwdeszczową kurtką (wreszcie się na coś przydały zakupy pod UTMB).

Zameldowałem się, odebrałem pakiet i skuliłem się w namiocie, przysłuchując jak chłopak zbierający depozyty z nieskończoną cierpliwością próbuje wytłumaczyć kolejnym zawodnikom, gdzie będzie który przepak, po czym pod natłokiem kolejnych pytań o to samo, sam zaczyna się nad tym zastanawiać.

Przepak? Nie doczytałem o przepaku! Ale też uznałem, że to ani bieg techniczny, ani szczególnie długi i sobie poradzę. Bardziej mnie zajmowała kwestia zdartej skóry na obu stopach. Pamiątka po testowych 10 kilometrach trailu w sandałach niestety się nie zagoiła przed startem. Obawiałem się, że przy mocniejszym napieraniu rozwalę to na nowo. Musiałem uważać.

Jeszcze odprawa i kilka minut po godzinie 8:00 ruszyliśmy przez ustawioną w środku niczego bramę. Cel: przebiec i nie zagotować się. Realizacja: poniżej 145 uderzeń serca na minutę. Ahoj błoto przygodo!

Start / Meta. Co ja tutaj robię?

Start / Meta. Co ja tutaj robię?

Znowu deszcz…

Kiedy w lesie mokrość gniecie

O! Wszyscy mnie wyprzedzili?

Owszem, nie przyjechałem się tutaj ścigać, ale fakt że tempo 5:50 to za mało by utrzymać się w peletonie co najmniej mnie zaskoczył. Do cholery, to przecież było ultra! Nawet facet bez butów pobiegł szybciej niż ja. Pff!

Pierwszy podbieg. fot: Zielonka Challenge

Pierwszy podbieg. fot: Zielonka Challenge

 

I. start -> 10 km

To był najbardziej górski pagórkowaty leśny odcinek trasy z jednym podbiegiem, który na asfaltowcach mógł zrobić wrażenie. Na mnie nie zrobił i zamknąłem pierwszą dychę w godzinę i ciut. Bardzo zacnie, szczególnie jeśli uwzględnić fakt, że w pewnym momencie biegliśmy baaaardzo długim prostym odcinkiem leśnego duktu, na którym zacząłem… przysypiać.

 II. 11 -> 20 km

Deszcz wciąż siąpił. Postanowiłem go ignorować. Nie było to trudne, bo robiło się coraz cieplej, co w połączeniu z wysoką wilgotnością powietrza zamieniało wielkopolski las w równikową dżunglę. Kapała na mnie woda z nieba, spadała strząsana powiewami wiatru z drzew i ciekła moja własna. Zaczynałem się przegrzewać.

Jeszcze dzielny, szybki i młody. No dobra - trochę młody

Jeszcze dzielny, szybki i młody. No dobra – trochę młody

Kiedy krzak kryje szlak

III. 21 -> 30

Co by zapobiec odwodnieniu zacząłem więcej pić. Liczyłem, że po 20-tym kilometrze uzupełnię zapasy. Liczyłem źle, okazało się że coś mi się rąbnęło i punkt jest 10 kilometrów dalej. Oj! Nie był to dramat, ale zrobiło się mało komfortowo.

Komfort zmniejszył się bardziej, kiedy dobiegłem do odcinka poprowadzonego bezpośrednio wzdłuż jeziora Stęszewskiego. Pewnie, gdybym miał takie 150 cm wzrostu, doceniłbym bieg w tunelu zieleni. Natomiast, ze swoimi 184 cm doceniałem mało, za to dużo dostawałem mokrymi krzakami po twarzy. Nie o takie ultra płaciłem. Wkurzony na okoliczności przyrody wyciągnąłem słuchawki. Hmm… dwugodzinny koncert KNZ? Tak, poproszę!

IV. 31 -> 36 km

 .. to dobry chłopak był mało pił! – no trudno by pił dużo, jak miał litr na 15 km! W końcu jest – wodopój. Uzupełniłem wodę, wlałem colę do bidonu. I tu tak jak przy poprzednim punkcie na 10-tym kilometrze bardzo miła obsługa. Co podać, gdzie nalać, czy coś więcej potrzeba? Lubię, kiedy wolontariusze traktuję mnie jak małe dziecko. To naprawdę pomaga.

Teraz czas na rozstaje na 35-tym kilometrze i wybór docelowego dystansu. Ale rozstajów ni ma… Ani na 35-tym, ani nawet na 36-tym. Nie ma, gdyż wraz z kilkoma innymi zawodnikami (i zawodniczką) zgubiliśmy trasę. Zielonka była gdzieś przed nami. Ale gdzie konkretnie? Może tam gdzie pokazują znaki przy drodze? Postanowiliśmy to sprawdzić. Decyzja była słuszna, po jakimś czasie trasa “wróciła do nas”. Okazało się, że pobiegliśmy “po łuku” drogi, zamiast “cięciwą” szlaku. Cóż, za ślepotę się płaci. Ta kosztowała mnie około dwóch kilometrów więcej w nogach.

Nie ma co panikować, trzeba pomyśleć o tym,
By najprędzej jak się da znaleźć drogę z powrotem.

Mokro, zimno, głodno trochę, a nie latam za darmochę!

37 -> meta

Kolejny wodopój (i przepak) miał oferować gotowane ziemniaki. Liczyłem na nie, bo ciut zaczynało mnie telepać z zimna. Liczyłem, ale nie doliczyłem, że leżąc od kilku godzin na talerzach za ciepłe nie będą. Połknąłem dwa i zastanowiłem się nad tym, co dalej.

Średnie tempo z biegu w okolicach 6:30. Nie było nad czym piać z zachwytu, płakać też nie. Gorzej, że zaczynałem marznąć. Problemem były też rany na stopach. W czasie kilku mocniejszych zbiegów poczułem, jak strupy schodzą razem z przesuwaniem się stopy w skarpetce. Nie podobało mi się to.

Podrapałem się w głowę, uwzględniłem wszystko i skręciłem na szlak Zielonka Challenge +42K. Jak na trening to zrobiłem swoje, a to nie bieg punktowany do UTMB, by się bezsensownie nadużywać.

Trochę przeszedłem, próbując naładować się na finisz za pomocą coli i dextrozy. Potem zacząłem truchtać, ale coś bez większej wiary w sens ruszania nogami. Brak wiary przyniósł rezultaty. W ciągu 20 minut spadłem o 5 pozycji w rywalizacji (ostatecznie skończyłem, jako 18-ty w +42K / OPEN).

Znowu mocniej padało, a szlak prowadził skrajem lasu. Marzłem. Mając do wyboru zapalenie zatok, ugotowanie się w kurtce, albo przyspieszenie – z pewną taką nieśmiałością wybrałem to ostatnie. 40-ty… 42-gi… (gdzie ta meta?) 44-ty… 46-ty (no?!) kilometr i wreszcie widzę. Pomiędzy pagórkami sterczy brama, którą przekroczyłem pięć godzin i dwadzieścia kilka minut temu.

Rozpoczynam wspaniały finisz, by mieć dobre fotki na pamiątkę. Podbieg, zbieg, podbieg, zbieg, prosta, fiiiiinisz! I…. i nikogo nie ma po drugiej stronie bramy. To znaczy owszem, jest kilku biegaczy skulonych w namiocie nad talerzami z zupą. Ale, to że jestem tu i ja to zupełnie nic nikogo.

No dobra, dali medal! Wyplątałem chip z buta (co to za pomysł na ultra?!), podziękowałem za blachę i poczłapałem po depozyt. Cel był jeden – jak najszybciej przebrać się i zamienić przemoczone Merrelle na Monki. Oj, było to wskazane.

Zielonka Challenge - kalafioro na mecie

Zielonka Challenge – kalafioro na mecie

Zielonka Challenge – podsumowanie

Nie wiem, naprawdę nie wiem co napisać. Prawdopodobnie w bardziej suchych okolicznościach przyrody ten bieg może być fajnym wyzwaniem na sobotni poranek. Trasa dosyć łatwa, lasy, jeziorka, w sumie nawet okazja na szybką kąpiel… akurat coś, na wyprawę ze znajomymi.

Natomiast w deszczu przyjemności z tegoż miałem mało. Widoki żadne, wyzwania prozaiczne (poza wodą w butach), a wszechobecna wilgoć wkurzająca. Równocześnie 169 złotych startowego (plus koszt dojazdu) to sporo. Nie czułem by się ta opłata szczególnie przełożyła na zaplecze (czipy w butach, małe worki na depozyty, minimalna baza, zimne ziemniaki, hoop cola), czy wyjątkowe przygotowanie trasy (najśmieszniejszy odcinek wiódł przez podwórka stojących nad jeziorem domków jednorodzinnych).

No ale. Nikt mnie nie zmuszał. Zapłaciłem. Pobiegłem. Sprawdziłem, że kondycja lepsza niż miesiąc temu, a i głowę też wzmocniłem. Czyli w sumie… jestem zielonym finisherem. Zaś za rok… za rok raczej  GWiNT i 100K tamże.

Zielonka Challenge - zielony medal

Zielonka Challenge – zielony medal

Jak powstają moje teksty, gdy mnie ktoś tak spyta
Zakurwię z laczka i poprawię z kopyta

Zielonka Challenge – sprzęt i  żarło
  • Skarpety: Palczaste Injinji
  • Buty: Merrell Trail Glove 3
  • Spodenki: Krótkie z Decathlonu z wszytymi majtkami
  • Koszulka: Klubowa Smashing Pąpkins
  • Plecak: Grivel 10l
  • Czapka: Decathlon
  • Bidon: 0.5l
  • Bukłak: 1l
  • Jedzenie:
    • W trasie:2 x krążek figowy (błąd, strasznie mnie zakleiło); 2 x jajko (OK);  6 x dextroza z punktów żywieniowych (razem 30g)
    • Na punktach: pół ziemniaka; kilka kawałków pomarańczy i arbuza
  • Picie: 2 x 1l wody; 0.5l Oshee z guaraną; 2 x 0.4l coli