O cholera! Skąd ta taksówka się tutaj wzięła? Nie zdążę uciec ze skrzyżowania! Może zdążę?! Nosz k… odbić i gazu! Nie zdążyłem… – ŁUP – mój wierny Focus trafiony w tylną oś robi piruet i szoruje po otaczających skrzyżowanie barierkach. Tak, swoją decyzję o pozbyciu się pojazdu z pewnością nie mogę nazwać przemyślaną. Niemniej stało się – czekało mnie życie bez samochodu.

[Publikowane na blogu treści są prywatnymi opiniami autora. Jeżeli chcecie je stosować, robicie to na własną odpowiedzialność – nawet jeżeli chodzi o postanowienia noworoczne]

Życie bez samochodu miało trwać krótko, tyle co wyklepania blaszaka na koszt ubezpieczyciela. Szybko okazało się, że sprawa nie będzie taka prosta. Ubezpieczyciel uznał, że szkody są na tyle poważne, że mi nie zapłaci za naprawę – jedynie może zaoferować odkupienie wraku samochodu.

– Moja “foka” wieziona na lawecie znika zza zakrętem… to był bolesny widok.

No cóż, w domu dwójka przedszkolaków, do roboty 10 kilometrów, w planie starty w górach. Proza codzienności wymagała aby ją ogarnąć, jeszcze zanim pod domem zaparkuję nowe cztery kółka. Zacząłem ogarnianie, i …

Życie bez samochodu – pierwsza rocznica

… po kilkunastu dniach brak blaszaka przestał uwierać. Skoro przedszkole 10 minut drogi od domu, a ścieżka rowerowa i metro niemalże przed drzwiami? Owszem, jazda rowerem przy zacinającym deszczu o temperaturze zero stopni nie była zbyt komfortowa, ale równocześnie jaką frajdę dawało śmigania wzdłuż zakorkowanej Wisłostrady!

Zaś, przekładając eksperyment na wymierny rachunek zysków i strat, dostałem:

Na plus

  • Przejechałem dodatkowe 3200 kilometrów rowerem i hulajnogą, kolejnych kilkaset przeszedłem i przebiegłem.
  • Zaoszczędziłem ponad 30000 złotych na amortyzacji nowego samochodu i jego utrzymaniu przez rok.
  • Zero stresu związanego ze staniem w korkach w drodze do / z pracy.
  • Zero minut poświęconych odśnieżaniu / pompowaniu / tankowaniu / czyszczeniu itd. samochodu
  • Brak problemów pdt.: “Zaraz się spóźnię, gdzie ja mam do cholery zaparkować?!”
  • Przeczytałem kilkanaście książek w komunikacji miejskiej.
  • Poznałem świetnych ludzi, z którymi składkowo jeździłem na zawody i treningi
  • Lepiej widzę co się dzieje w mieście, jestem bliżej świata.
  • Dzieciaki wymiatają na rowerkach i hulajnogach.
  • Oraz – co może i najważniejsze – bardziej zielony świat za sobą zostawiam

Na minus

  • Zapłaciłem 3500 złotych za wynajem samochodu na urlop.
  • Wydałem około 1500 złotych na taksówki i komunikację miejską.
  • Jakieś 1000 złotych poszło na PKP / PKS (mogło być mniej, ale jestem wygodnicki i rozbijam się ekspresami).
  • 400 zł włożyłem w regenerację roweru.
  • W weekendy / wieczorami jestem wolniejszy niż osoby zmotoryzowane.
  • Kilka razy BARDZO cierpiałem jadąc do roboty w listopadzie.
  • Trochę więcej jem i dłużej imprezuję.
  • Spontaniczny wypad za miasto jest spontanicznym nieco mniej, niż kiedyś.
Życie bez samochodu w wielkim mieście – podsumowanie

Jestem zdrowszy, mam w kieszeni 20 tysięcy więcej, mniej się stresuję, mam więcej czasu. Podwładni też się pogodzili z tym, że mają nienormalnego szefa ;-)

Czyli, podsumowując w dwóch słowach: da się!

Jadąc do pracy - korek jest 100 metrów obok

Jadąc do pracy – korek jest 100 metrów obok

I nie musicie zaczynać od spektakularnego wymuszenia pierwszeństwa. Możecie od zostawienia kluczyków w domu. Raz, dwa razy, trzy – aż doświadczycie, że tak po prawdzie, to samochód jest potrzebny by wyskoczyć za miasto bądź przywieźć szafki z Ikei. A czy musi być wtedy własny? No cóż…


[EPSB]100HRMAX.PL: niemazesienieda [/EPSB]

Grafika tytułowa autorstwa Tomasza Staśkiewicza z tego tekstu o kulturze dojazdów do pracy w wynagrodzenia.pl – polecam lekturę.